MARCIN CICHOŃSKI: Lubisz wracać do tego, co zrobiłeś? Oglądać swoje filmy?

PATRYK VEGA: Nie! Dla mnie przygoda z filmem kończy się może nie na premierze, ale zazwyczaj na pokazie ze zwykłymi widzami. Przygotowując się do filmu, tworzę - tak jak się to robi w Stanach - wykres. Taki na kilkanaście metrów długości, na którym na osi poziomej zaznaczony jest czas trwania filmu, a na osi pionowej emocje: brak zainteresowania, zainteresowanie, śmiech, płacz. Staram się przewidywać, w której minucie ludzie będą się śmiać, a w której płakać. Jeśli odstęp pomiędzy emocjami jest zbyt duży, zainteresowanie widza spada. Wykres jest dla reżysera wskazówką, w którą scenę trzeba wejść szybciej albo jak wyczekać element humorystyczny. Właśnie dlatego konfrontacja z ludźmi podczas normalnego seansu jest kapitalnym doświadczeniem, bo pozwala mi sprawdzić, czy film porusza emocje tak, jak sobie wyobrażałem. W 80-90 proc. przypadków to się sprawdza. Choć czasami to, co wydawało się śmieszne na etapie scenariusza, nie śmieszy aż tak i odwrotnie: salwy śmiechu wywołują rzeczy, które wydawały się mało zabawne. Oczywiście jest jeszcze czas na rozliczenie filmu, sprawdzanie frekwencji - temu towarzyszą mega emocje.

Pytam, bo mamy zbitkę dwóch wydarzeń: premierę filmu „Kobiety Mafii”, ale też premierę „Botoksu” na DVD i Blu-Ray. Czy patrząc na „Botoks” z perspektywy czasu, nie masz wrażenia, że coś się nie udało? Filmowi towarzyszyło hasło, że wstrząśnie on przemysłem farmaceutycznym. Nie masz wrażenia, że środowisko owo nie tyle zlekceważyło, co nawet olało film?

Nie zgodzę się z tym. Mamy dowody, że została wykupiona kampania mająca na celu hejtowanie tego filmu. Informatycy to widzieli, np. w pozycjonowaniu komentarzy. Te pozytywne natychmiast były spychane na sam dół, a negatywne wypychane do góry. Dla koncernów, które mają miliardowe przychody, opłacenie firmy wynajmującej Hindusów do wpisywania negatywnych postów nie jest niczym ani skomplikowanym, ani kosztownym. Nie wiem, kto to zrobił, ale przy ogromnych budżetach koncernów farmaceutycznych na marketing, skłaniałbym się ku temu, że stała za tym taka właśnie firma.

Nie masz wrażenia, że „Botoks” zamknął pole do dyskusji? Rozmawiano o tym, czy Vega powiedział prawdę, czy w tych najbardziej spektakularnych scenach nie przegiął. A nie o tym, jak naprawdę działają firmy farmaceutyczne.

Temat nie jest zamknięty ani spalony. Do tej pory lekarze czy też cała służba zdrowia byli przedstawiani w wydaniu tylko pozytywnym - Leśnej Góry albo w sznycie TVN-owskim. „Botoks” to pierwszy film, który pokazał ciemną stronę medycyny. To dla kogoś może być inspirujące, ktoś może zechcieć pociągnąć temat, nakręcić własny film.

Zanim włączyłem nagrywanie, powiedziałeś mi, że nie czytasz recenzji, nie wsłuchujesz się w głosy krytyczne. Ale mam wrażenie, że pomiędzy „Botoksem” a „Kobietami Mafii” wydarzyło się coś, co zmieniło trochę twoją mentalność. „Kobiety…” są filmem zdecydowanie bardziej dopracowanym. Długo nad nim pracowałeś?

Ten film zrobiłem w największym pośpiechu. Wskoczyłem w zdjęcia od razu po serialu „Botoks”, praktycznie przechodząc z jednego planu na drugi i przygotowując się krócej niż zazwyczaj. Do tego czując się fatalnie zdrowotnie. Ostatnie dwa tygodnie na planie to była mordęga, jazda na lekach przeciwbólowych. Okres zdjęciowy był dla mnie najcięższy w życiu. Nie wiedziałem, czy w ogóle będę w stanie skończyć film. A wyszedł rzeczywiście zaskakująco dobrze. Oczywiście zrobienie dokumentacji do niego trochę trwało. Poprzedziły to moje spotkania z gangsterami i kobietami gangsterów. Ich historie musieliśmy przetrawić, skonstruować po swojemu, nadać wątkom dramaturgię. Nad „Kobietami mafii” pracowałem tak jak nad poprzednimi filmami, ale mając mniej czasu, mniejszą adrenalinę i gorsze warunki do pracy.

Wspomniałeś o kobietach gangsterów i gangsterach… Zadam pytanie wprost: nie boisz się?

Ale czego?

Ich! Ich zemsty, nieobliczalności. Sam w filmie pokazujesz, że od miłości i zaufania od zabicia kogoś jest dla nich krótka droga.

Na oficjalnej premierze filmu była mafia. I to nie taka mafia podwórkowa, tylko - jak myślę - najpoważniejsza w tym kraju. Podczas lat pracy poznałem tak wielu ludzi z przeróżnych środowisk: z policji, ze służb specjalnych, ze świata przestępczego, że potrafiłbym sobie poradzić w sytuacji, w której ktoś by mi groził.

Nie miałeś takiej sytuacji?

Nie. Przestępcy ten film uwielbiają. Wszyscy bohaterowie, którzy przysłużyli się do powstania „Kobiet mafii” przyszli do kina razem ze swoimi znajomymi, rodzinami. Gangsterzy, którzy siedzą w więzieniu, też to przeżywają - ekscytują się wszystkimi doniesieniami, zwiastunami, tym, jak film jest oceniany.

„Kobiety mafii” były hejtowane, zanim weszły na ekrany. W środowisku krytyków mówi się na taką postawę - wybacz wulgaryzm - „ch…e, nie widziałem”.

Jako socjolog uważam, że podłożem takiej mentalności są jeszcze nauki Lenina, który kazał nienawidzić bogatych. Podłapał to też Kościół, więc przez długi czas wtłaczano nam tezę, że bogaci ludzie są źli. Że komuś się powodzi, bo doszedł do tego w nieuczciwy sposób, kosztem innych, ukradł. Mam przykre wrażenie, że jesteśmy zawistnym społeczeństwem. Kiedy się komuś udaje, zawsze znajdą się tacy, którzy dla zasady tego nienawidzą. Mam nadzieję, że młodzi ludzie, którzy urodzili się już w demokratycznej Polsce, a którzy stanowią lwią część mojej publiczności, są już innym pokoleniem. Chociaż sam hejt dla filmu może być stymulujący. Kiedy - jak w przypadku „Botoksu” - jedni filmowi dają zero punktów, a drudzy dziesięć, to przysłowiowy Kowalski zaczyna być zaintrygowany. Polaryzacja opinii sprawia, że ludzie chcą iść do kina nie dlatego, że film im się potencjalnie podoba, tylko by wyrobić sobie zdanie i wziąć udział w dyskusji.

Aczkolwiek wolałbym, abyśmy byli społeczeństwem opierającym się na miłości, a nie na nienawiści.

Tomasz Raczek mówił, że twoje filmy należy oglądać. Michał Oleszczyk stwierdził: „Gorsi reżyserzy dostają w Polsce lepsze recenzje tylko ze względu na swe spozycjonowanie w środowiskowych hierarchiach - fala hejtu wobec Vegi, jaka zaczyna się z reguły jeszcze przed premierami jego kolejnych filmów, jest absurdalnym świadectwem przywiązania do standardów szacowności, których źródeł należy szukać w głębokim PRL-u i które kiedyś pozwalały niszczyć Stanisława Bareję”. Słyszysz te głosy?

Głos Tomasza Raczka dotarł do mnie jako jedyny na etapie „Botoksu”… Na Zachodzie podchodzi się do filmu jak do biznesu. To jest przemysł, który ma przynosić pieniądze. Tam ludzie podziwiają mnie za to, że ściągam na swe filmy tłumy. Co więcej, w Anglii czy w Stanach Zjednoczonych „Botoks” był oglądany bez backgroudu politycznego. Ludzie nie zastanawiali się nad tym, czy to był film propisowski, czy antypisowski, tylko spojrzeli na niego jak na filmową historię. Uważam, że osiąganie spektakularnych wyników frekwencyjnych jest zadaniem trudnym. W Polsce, odkąd zacząłem karierę 20 lat temu, zawsze słyszałem, że kino komercyjne jest złe, bo jest nastawione na kasę. Że tworzenie filmów artystycznych dla wysublimowanej widowni to coś lepszego. To bzdura. Każdy artysta jara się tym, że ludzie konfrontują się z jego twórczością. Michał Anioł cieszył się, że tłumy przychodziły oglądać jego dzieła. Gdy ktoś twierdzi inaczej, tłumaczy swoje nieudacznictwo. Każde dzieło zakłada konfrontację z odbiorcą. Nie robi się tego dla siebie, tylko dla ludzi.

Jakie głosy ze środowiska filmowego dotarły do Ciebie po sukcesach „Botoksu” w Wielkiej Brytanii? W końcu obecność w Top 5 to jest coś…

Tak naprawdę byliśmy na drugim miejscu pod względem liczby widzów na ekran. O filmie pisał m.in. „The Guardian”. Tamtejsi dziennikarze czekają na mój debiut anglojęzyczny, chcą go promować. Tyle że dla mnie podstawową barierą jest język, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, w których nie wiedzą kim jest Pedro Alomodvar, bo nie tworzy po angielsku. „Botoks”, jakkolwiek miał premierę już w 21 krajach, pewnej granicy nie przekroczy. Ale i tak 10-15 procent zagranicznej publiczności stanowią nie-Polacy.

Ale anglojęzyczny projekt realizujesz. Na jakim etapie jesteś?

Mam nadzieję rozpocząć zdjęcia w tym roku, ale jest to wypadkową dostępności aktorów. Trzeba sobie zdawać sprawę, że robienie filmu z aktorami ze Stanów Zjednoczonych jest totalnie skomplikowanym przedsięwzięciem. W agencji reprezentującej aktorów pracuje dwa tysiące agentów. Każdy aktor ma ich czterech: jeden odpowiada za komercję, inny za seriale, inny za karierę, a inny za fabułę. Aktorzy tacy jak John Malkovich, którzy nie są na jakimś top of the top, dostają miesięcznie jakieś 80 scenariuszy. Przebicie się do tego świata jest bardzo skomplikowane - dostępność aktorów wyznaczy mi termin zdjęć.

Masz już jakieś nazwiska potwierdzone?

Nie chcę o tym mówić, dopóki nie będziemy mieli dopiętych kontraktów.

Wiele osób zastanawia się, po jaką tematykę sięgniesz. Po „Służbach specjalnych” pojawił się wątek polskiej polityki - dokładnie styku służb z politykami. Słynna scena „samobójstwa” z twego filmu wywołała na nowo spekulacje czy Andrzej Lepper zabił się sam, czy przy czyjejś pomocy. Dlaczego nie pokażesz, analogicznie do „Botoksu” i „Służb specjalnych”, jak paździerzowa i prymitywna jest polska polityka?

(po dłuższym milczeniu) Teraz, kiedy to powiedziałeś, zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście nie jest to temat. Chociaż ten świat jest tak skompromitowany, tyle w nim naturalnej dramaturgii, że trudnym zadaniem byłoby opowiedzenie czegoś nowego w sferze filmowej. Pamiętam, że w czasie afery Rywina znajomi producenci mówili mi, że koniecznie trzeba o tym nakręcić film i że to będzie hit. Pytałem ich wtedy, kto pójdzie na to do kina, skoro ludzie mają aferę na żywo, w telewizji. To, czego nie są nam w stanie dać media, to ciągłość emocjonalna postaci. Oglądamy informacje, które nas elektryzują, ale tam nie ma bohaterów, z którymi jesteśmy w stanie się identyfikować. To jest wyższość kina fabularnego nad dokumentem. Nie wykluczam tego tematu.

Prywatnie śledzisz politykę?

Kompletnie się od niej odcinam. Byłem raz w życiu na wyborach - jak miałem osiemnaście lat, głosowałem na Wałęsę. Od 12 lat nie mam telewizora, nie czytam gazet, nie czytam mediów elektronicznych. Jestem totalnie odcięty od tego świata i wydaje mi się, że tak mało o nim wiem, że musiałaby do mnie trafić jakaś kapitalna historia. Tak jak w przypadku „Small World” dowiedziałem się o policjancie, który przez dwanaście lat ganiał pedofilów, po czym sam okazał się pedofilem i trafił za to do więzienia. To był ten szczegół, który mnie porwał i sprawił, że postanowiłem drążyć temat. Coś o podobnym kalibrze musiałoby do mnie spłynąć ze świata polityki.

Czy dobrze czytam, że w „Kobietach Mafii” pokłoniłeś się tradycji kina sensacyjnego? Mam na myśli nie tylko nawiązanie do Kojaka - skojarzenie Janusza Chabiora, ze względu na łysinę i lizaka, z słynnym detektywem jest oczywiste. Ale smaczków było więcej. To było zamierzone czy wyszło mimochodem?

Mimochodem. W konstrukcji samej historii w ogóle tego nie czuję. Historia z Kojakiem pokazuje, co mnie ukształtowało, czym przesiąkłem. Z Januszem szukaliśmy elementu, który charakteryzowałby jego bohatera. Zdecydowaliśmy się na lizaka, Kojak to w końcu kultowa postać.

Jeśli chodzi o język kina i telewizji, jesteś bliżej tego, co teraz, czy tamtego czasu: przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych?

Wydaje mi się, że bliżej tego, co teraz. Jestem zdecydowanie bliżej seriali amerykańskich, choć nie starcza mi czasu na wszystko to, co chciałbym zobaczyć. Od czasu „Domu złego” nie widziałem żadnej polskiej produkcji. Zawsze miałem przekonanie, że trzeba mierzyć do najlepszych. Telewizja amerykańska, odkąd odkryła, że łącząc w ramach jednego serialu kilka gatunków, może stworzyć nadwartość, dostała drugie życie. To otworzyło erę setek seriali, które święcą sukcesy na świecie. Uważam, że to samo można robić w kinie.

Masz ulubiony gatunek?

Dla mnie najlepszym filmem, jaki widziałem, jest „Odyseja Kosmiczna 2001”. Jestem zafascynowany Kubrickiem. Ale nie fiksuję się na żaden gatunek. Potrafię się ekscytować kreskówkami - np. „Krainą Lodu”, którą widziałem wiele, wiele razy, jak i komediami i filmami science-fiction. Uwielbiam też Marvela, który jest mistrzostwem świata jeśli chodzi o efekty.

Wiele razy mówiłeś, że twoje filmy to nie ty. Że tak naprawdę jesteś delikatnym, wrażliwym człowiekiem. Wzruszasz się i płaczesz na filmach?

Oczywiście, że tak.

Na jakim filmie tak było?

Właśnie na „Krainie Lodu”. W tym filmie jest takie połączenie muzyki i dramaturgii, że mam dreszcze i łzy w oczach, ilekroć oglądam Elzę uciekającą przez zamarznięte jezioro.

Czy aktorzy ci odmawiają? Czy jest wręcz przeciwnie - sami się do ciebie zgłaszają?

Przy „Botoksie” odmówiło mi wielu aktorów. Przy „Kobietach mafii” nie odmówił nikt. Bardzo wielu aktorów wysyła mi sygnały, że chciałoby się spotkać w pracy. Cenię aktorów, którzy zdecydowali się zagrać w „Botoksie”. Łatwo jest zagrać w drugiej części hitu, o którym wiadomo, że będzie miał widownię w granicach dwóch milionów i to będzie fajna rzecz do wpisania sobie w CV. Zrobienie czegoś ryzykownego przez artystów, za których większość aktorów się uważa, jest tym, czego należy - moim zdaniem - szukać w sztuce. Wiem, że dla obsady „Botoksu” było to ciężkie doświadczenie - awantura, cała ta nienawiść wpłynęła także na nich. Po wszystkim dwójka aktorów powiedziała mi, że to było kapitalne doświadczenie.

Kto?

Nie jestem uprawniony, by podawać ich nazwiska. Ale to ludzie z sukcesami na koncie. Powiedzieli, że takie doświadczenie jest dla aktora szalenie budujące i każdy powinien to przeżyć.

Jak dużo kobiety aktorki wniosły do ról „Kobiet Mafii”? Prowadziłeś je za rękę, czy panie dodawały coś od siebie?

Film mam nagrany w głowie jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Potem próbuję zmusić te 150 osób, by zrealizowały to, co ja już zobaczyłem. Film jest synergią osobowości. Ale też nie znosi demokracji - nie da się zrobić kotleta schabowego za pomocą 12 kucharek. Muszę się zmieniać w Aleksandra Wielkiego i tych wszystkich ludzi ciągnąć za sobą, ale jednocześnie nie mogę ich zamykać. Staram się w nich wyzwolić to, co najlepsze i sprawić, by uwierzyli, że realizują swoją wizję, robiąc dokładnie to, czego ja chcę. Daję aktorom bardzo dużo przestrzeni, chcę, by się czuli komfortowo. Oczywiście wiem, co w każdej scenie powinni zagrać, ale otwieram się na wiele ich pomysłów, o ile one nie wywalają opowiadania w kosmos. Poddaję się temu, ale kieruję się przy tym swoim instynktem.

Masz swoich ludzi. Oni cię już rozumieją tak podskórnie?

Tak. Po latach współpracy udało mi się stworzyć ekipę filmową, która nie myśli tylko o przerwie obiadowej, a potem gna do kasy. Mają poczucie, że tworzą film. To jest kapitalne i ułatwia mi pracę. Co najmniej połowa spraw jest jasnych i nie wymaga tłumaczenia.

Jakiego rodzaju stan psychiczny występuje u ciebie po zrobieniu filmu?

To jest dół. Deprecha. To jest coś, o czym mówią sportowcy, z którymi rozmawiałem, którzy przez długi czas bardzo intensywnie trenowali. Działasz w stanie ogromnej adrenaliny. Gdy ona nagle zostaje odcięta, wpadasz w dół. To jest doświadczenie traumatyczne. Oczywiście z biegiem lat radzę sobie z tym coraz lepiej, ale przy pierwszych filmach jechałem na środkach uspakajających. Nauczyłem się też, że najlepszym remedium jest wskoczenie w następną historię.

Ale słyszysz się? To pracoholizm. To jest uzależnienie!

Niestety tak. To jest naprawdę poważny problem. Ja się uczę cieszyć się prostymi rzeczami, ale przez długi czas żyłem w przyszłości, nie potrafiąc się cieszyć tym, co się dzieje. W głowie miałem, że pozwolić na radość będę sobie mógł, jak to, co wymyśliłem, zaplanowałem, wreszcie się wydarzy.

Sukcesów też nie świętuję jakoś szczególnie. Mam poczucie, że cały czas muszę przeć do przodu. Boję się stagnacji.

Jak oceniasz swój wpływ na polskie kino?

Wczoraj, kiedy byłem u znajomych, opowiedzieli mi, że TVN zrobił program satyryczny - razem z Wojewódzkim mam tam swoją kukiełkę. Pomyślałem: wow!, chyba naprawdę na trwałe wszedłem do popkultury. Będąc tak odciętym od ludzi, od świata i życia, na pewno sobie z tego wpływu na polskie kino nie zdaję w pełni sprawy.

A może się odcinasz, by sodówka nie uderzyła?

Mam 41 lat i zaznałem w życiu ubóstwa. Cieszę się z tego, bo budują nas porażki, a nie sukcesy. Moją największą porażką wydawał się pierwszy „Pitbull”, który nie miał premiery, bo była żałoba narodowa. Miał kiepski wynik - wtedy myślałem sobie, że to jest moja największa życiowa przegrana, a tak naprawdę wszystko, co zdobyłem w życiu, zawdzięczam temu filmowi. Wszystkie lata niepowodzeń były poligonem ćwiczebnym, który nauczył mnie tego, czego mam nie robić.

Zobaczysz nowego „Pitbulla”?

Nie zobaczę. I jakkolwiek może się to wydawać niewiarygodne - nie widziałem nawet zwiastuna czy plakatu. Z założenia nie oglądam polskich filmów. Poza wszystkim ten film nie ma żadnego wpływu na moje życie. Nie zmieni go ani na lepsze, ani na gorsze.

A trzymasz za niego kciuki?

Jestem katolikiem. Filozofią mojego życia jest miłość. Doszedłem do stanu, w którym przykre emocje mi się wyzerowały. Życzę im jak najlepiej.