Paul Verhoeven to reżyser, który z równą łatwością łamie gatunki filmowe jak i obala kolejne obyczajowe, historyczne i społeczne tabu. Twórca "Nagiego instynktu" ma na swoim koncie spektakularne sukcesy ale jeszcze bardziej widowiskowe porażki. Jako jeden z nielicznych osobiście odebrał Złotą Malinę za "Showgirls" . Wciąż marzy mu się o wyreżyserowaniu filmu o prawdziwej - jego zdaniem - historii Jezusa. Według reżysera był on synem Marii i rzymskiego legionisty, który ją zgwałcił. W jego wizji Jezus jest terrorystą i przywódcą politycznym.

Ostatnio Verhoeven wraca do wielkiej formy. Stało się tak za sprawą rewelacyjnie przyjętego w Cannes thrillera "Elle", w którym bohaterka, (fenomenalna Isabelle Huppert) ofiara gwałtu, igra i wchodzi w dziwną relację ze swoim prześladowcą, zaś wcześniej w znakomitej i rzucającej nowe światło na holenderski ruch oporu "Czarnej księdze" .

Wszyscy w Berlinie zadają sobie dziś pytanie, czego można oczekiwać po takim przewodniczącym jury? Który z 18 filmów konkursowych zdobędzie jego przychylność?
Czy szanse może mieć na przykład "Pokot" Agnieszki Holland, który to film sama reżyserka nazwala "anarchistycznno-feministyczno-ekologicznym kryminałem z elementami czarnej komedii"? Czy "Pokot" podtrzyma dobrą passę polskiego kina na Berlinale, mając w pamięci sukcesy w ostatnich latach Małgorzaty Szumowskiej ("Body/Ciało") oraz Tomasza Wasilewskiego ("Zjednoczone Stany Milości")? A może Niedźwiedzia otrzyma przedstawiciel koreańskiej Nowej Fali Hong Sangsoo z "On the Beach at Night Alone"? To u niego w obrazie "W innym kraju" zagrała nowa muza Mistrza Verhoevena - Isabelle Huppert (na konferencji prasowej Verhoeven wyznał publicznie, że jest w niej zakochany i że to ideał aktorki).

Po zwycięstwo może też sięgnąć "The Party" oczekiwanej w Berlinie z zaciekawieniem po latach milczenia Sally Potter, pamiętnej z intrygującego "Człowieka, który płakał".     

Wcale nie mniejsze szanse, niż filmy mistrzów Akiego Kaurismakiego, Volkera Scloendorffa czy uznanych już bywalców festiwali Catlina Petera Netzera i Sebastiana Leilo - mogą mieć debiutanci: jak na przykład Josef Hader z "Wild Mouse". Przekonamy się o tym za 10 dni. Wiele także wskazuje na to, że charyzmatyczny Verhoeven ze swoją silną i apodyktyczną osobowością narzucać może swoje zdanie pozostałym jurorom. Być może jednak w 9-osobowym składzie znajda się tacy, którzy mu się postawią. Czy będzie to Diego Luna, Julia Jentsch, Maggie Gyllenhaal czy może Olafur Eliasson, Wang Quan'an albo Dora Bouchoucha? Na razie na starcie festiwalu więcej jest pytań, niż odpowiedzi.

Ciekawe, jakim przedmiotem sporów jurorów będzie debiutancki "Django" w reżyserii Etienne'a Comara. To film, który otwiera dziś wieczorem festiwal. Od razu uprzedzę, że - mimo zbieżności tytułów - to nie ma nic wspólnego z westernem "Django" Quentina Tarantino. To historia inspirowana autentyczną postacią - legendą jazzu i geniuszem gitary z lat 30-tych Reinhardta Django. Nie kto inny jak on był tym niedościgłym Mistrzem, na widok którego mdlał i godzinami płakał - jako Emmet Ray (fikcyjna postać gitarzysty) w "Słodkim draniu" - Sean Penn.  

Ten prawdziwy wirtuoz gitary i urodzony w Belgii kompozytor cygańskiego pochodzenia  w wieku zaledwie 18 lat doznał poparzeń w pożarze. To nieprawdopodobne, ale podczas gry solowej używał tylko wskazującego i środkowego palca lewej ręki. Paraliż unieruchomił pozostałe. Django wymyślił wiec zupełnie nowy styl techniki na gitarze zwany hot jazz guitar, która zyskała olbrzymią popularność nie tylko w cygańskiej muzyce we Francji. Razem z genialnym skrzypkiem Stephane Grapellim - Django stworzył jeden z najbardziej oryginalnych zespołów w historii jazzu Quintette du Hot Club de France, który składał się wyłącznie z instrumentów strunowych (trzech gitar, kontrabasu i skrzypiec), choć początkowo w składzie były perkusja i flet. W filmie Comara w roli Django Reincharta oglądamy francuskiego aktora algierskiego pochodzenia Reda Ketaba, który zasłynął brawurową kreacją w "Proroku". Zapytany czy się nie bał takiego wyzwania jak "Django", wyznał, że klęską byłaby próba imitacji. Ważniejsze było podążanie za duchem tego człowieka.

To nie przypadek ze "Django" otwiera Berlinale. Minister Kultury Niemiec Monika Grutters, pochwalila "Django" za to, że pokazuje wybory i zachowania grupy artystów w czasach totalitarnego systemu. Akcja filmu rozgrywa się w 1943 roku i koncentruje się na ucieczce Django z Paryża, po tym jak ten odmówił zagrania tournee po hitlerowskich Niemczech. Człowiek, który tylko chciał grać swoją muzykę i nie mieć nic wspólnego z polityka ostatecznie musi dokonać wyboru. Jako artysta, Cygan, promujący multikulturowość nie przystawała do czystej i rasowej sztuki nazistów. A jak powiedział dla dzisiejszego "Variety" Eitenne Comar każda władza autorytarna boi się muzyki, bo ta niesie w sobie ogromna siłę oddziaływania -  jest esencją wolności. Czy to nie ironia - pyta reżyser - ale i jakiś znak czasów, że po ponad 60 latach od odmowy grania w Berlinie Django Reinhardt symbolicznie powraca na czerwony dywan i znów porywa swoja niepokorna muzyką?

Ten film wpisuje się doskonale w nastroje środowiska filmowego i artystycznego po ostro krytykowanym tutaj antyimigracyjnym dekrecie Donalda Trumpa, który uderza także w wolność podróżowania filmowców, wymianę kulturalna, swobodę ekspresji, prawa uchodźców. Dzisiejszy "The Hollywood Reporter" na pierwszej stronie zamieszcza artykuł pod wymownym tytułem "Donald Trump rzuca długi cień nad Berlinem". Scott Roxborough przytacza w nim wypowiedź dyrektora festiwalu Dietera Kosslicka, który twierdzi, że Trump to najbardziej przereklamowany prezydent USA, odwołując się przy tym do jego wcześniejszej "uprzejmości" wobec Meryl Streep. To Trump określił  Streep jako najbardziej przereklamowaną aktorkę, gdy ta odważyła się skrytykować jego kandydaturę w kampanii prezydenckiej. Rok temu to właśnie Meryl Streep przewodniczyła Jury konkursowemu.

Jakie zatem będzie 67 edycja Berlinale? Na pewno mocno polityczne, ale tutaj to nikogo specjalnie nie dziwi. Kino zaangażowane pokaże w dwóch swoich nowych filmach Raoul Peck: "I Am Not Your Negro" oraz "Young Karl Marx". Będzie ono także obecne w dramacie uchodźców w "The Other Side of Hope" Akiego Kaurismakiego, ale także w filmie "Dinner", którego reżyser Oren Moverman jest dla odmiany zdeklarowanym republikanem i zwolennikiem Trumpa. "Wielkie utopie – kapitalizm i komunizm całkowicie zawiodły: bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi" – powiedział w Berlinie dyrektor Dieter Kosslick - "Autorzy filmów, które pokażemy na Berlinale, opisują za pomocą kamery codzienna apokalipsę, robiąc to w sposób niepozbawiony humoru i wskazując wyjście z kryzysu" – zaznaczył dyrektor festiwalu. "Tematem wielu filmów jest rodzina, niekoniecznie mała klasyczna mieszczańska rodzina ale jako struktura, w której ludzie szukają schronienia przed zagrożeniami."

O zagrożeniach przed wejściem do Berlinale Palast i czerwonym dywanem przypomina na Marelene Dietrch Plaza większa niż zazwyczaj liczba policji i samochodów chroniących festiwalowe obiekty, turystów i uczestników.  Po raz pierwszy od lat nawet akredytowani dziennikarze poddawani są nieprzyjemnej procedurze sprawdzania toreb. Pamięć grudniowego zamachu jest tu wciąż żywa. Dziś wieczorem wszystkie służby postawione zostaną w stan najwyższej gotowości. Bo jest kogo chronić. Wśród VIP-ów na czerwonym dywanie oczekiwani są m.in. Minister Kultury Niemiec prof. Monika Gritters, burmistrz Berlina Michael Miller, przewodniczący Jury Paul Verhoeven i jego zespół, ekipa filmu "Django" z reżyserem Etienne Comarem oraz aktorami Reda Katebem i Cecile de France. No i jak zwykle gwiazdy głównie niemieckiego kina. Wśród nich m.in. Mario Adorf, Fatih Akin, Thomas Arslan, Andreas Dresen, Martina Gedeck, Thomas Kretschmann, Volker Schloendorff, Wim Wenders.