PIOTR CZERKAWSKI: Od premiery "21 x Nowy Jork" na Krakowskim Festiwalu Filmowym minęło już pół roku. Jak z upływem czasu zmienia się twój stosunek do własnego filmu?

PIOTR STASIK: Nabieram do niego zbawiennego dystansu. Bardzo lubię te momenty, w których zaczynam oglądać swoje filmy tak, jakby zostały zrealizowane przez kogoś innego. Pół żartem, pół serio mogę powiedzieć, że dopiero wtedy zaczynam zgadzać się z wieloma podsumowaniami, które pojawiały się w recenzjach.

Które interpretacje sprawiły ci szczególną przyjemność?

Gdy realizowałem zdjęcia, odczuwałem lęk, że film zostanie uznany za hermetyczny i opowiadający wyłącznie o problemach tytułowych 21 osób, które przedstawiam na ekranie. Wielu krytyków dostrzega tymczasem, że mój dokument opowiada nie tylko o tych ludziach i ich życiu w Nowym Jorku, lecz stara się uchwycić bardziej ogólną naturę naszych czasów.

Co, twoim zdaniem, stanowiłoby o jej istocie?

Nie chcę się wymądrzać, ale odkąd wokół pojawiły się smartfony, mam wrażenie, jakby systematycznie okradały nas z wyobraźni. Dawniej, gdy miałem wolną chwilę, najczęściej pogrążałem się we własnych myślach. Teraz natomiast sięgam po telefon i oglądam obrazki, które – na podstawie opracowanych logarytmów – podsuwają mi jacyś cwaniacy w garniturach. Szczególnie mocno widać to na portalach randkowych. Nie bez powodu jedna z bohaterek "21 x Nowy Jork" mówi, że trudno pracować nad swoim związkiem, jeśli jakaś aplikacja nieustannie proponuje ci zdjęcia potencjalnych nowych partnerów.

Dlaczego, zamiast skupić się na konkretnej jednostce, postawiłeś w swoim filmie na bohatera zbiorowego?

To pewnie kwestia mojego wykształcenia. Skończyłem nauki społeczne i – choć nie byłem zbyt pilnym studentem – wypracowałem u siebie tendencję do szukania uogólnień i tropienia mechanizmów rządzących społeczeństwem. A 21 osób to już całkiem przyzwoita próba badawcza.

Co sprawiło, że swoich bohaterów postanowiłeś znaleźć akurat w Nowym Jorku?

Nowy Jork to miasto mit, które roztacza wokół siebie aurę swobody, niespotykaną gdzie indziej na taką skalę. Gdy pojechałem tam po raz pierwszy, uznałem wręcz, że to jedyne miejsce na świecie, które cię nie ogranicza i pozwala naprawdę być sobą. Wymarzyłem sobie, że stworzę dokumentalny portret ludzi wolnych, żyjących tak jak podpowiada im wewnętrzne "ja". Kiedy jednak zacząłem lepiej poznawać swoich bohaterów, okazało się, że ich sytuacja życiowa wcale nie jest tak optymistyczna.

Twój film opowiada zatem o rozczarowaniu Nowym Jorkiem?

Raczej o odkryciu, że tamtejsza rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż moglibyśmy sądzić. Nawet jeśli nowojorskie życie podszyte jest niespełnieniem, po stokroć wolę tamtejszą melancholię od smutku emanującego z wielu innych miejsc na świecie.

Wspomniałeś kiedyś, że jedną z najważniejszych inspiracji dla "21 x Nowy Jork" stanowi "Magnolia" Paula Thomasa Andersona. Na czym właściwie polegają podobieństwa między tymi dwoma filmami?

Chciałem, żeby w moim dokumencie – zupełnie jak w "Magnolii" – okazywało się, że wszystkie nowele, choć na pozór zupełnie od siebie różne, w rzeczywistości opowiadają o tym samym. Pierwotnie planowałem również, by, wzorem Andersona, pokazać w finale bohaterów śpiewających tę samą piosenkę. Ostatecznie uznałem jednak, że przekroczyłbym wtedy granice dokumentu i zadowoliłem się po prostu kolażem portretów kolejnych bohaterów, który podkreśla, że wszyscy oni są do siebie podobni i przynależą do jednej wspólnoty.

"21 x Nowy Jork" to nie tylko hołd dla "Magnolii", ale też film bardzo osobisty. W ekranową narrację wplotłeś nawet fragmenty własnego pamiętnika.

Bardzo długo się przed tym wzbraniałem, bo nie lubię tego rodzaju ekshibicjonizmu. Tak się jednak składało, że widzowie kolejnych wersji montażowych bezwiednie wskazywali fragmenty moich przemyśleń i notatek z lektur jako najmocniejsze elementy filmu. W związku z tym zacząłem zamieszczać ich więcej i więcej, a żeby zadbać o odpowiedni kamuflaż, włożyłem je w usta jednego z bohaterów – Sebastiana, który okazał się moim ekranowym alter ego i najsilniej wykreowaną postacią w filmie.

Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że atmosfera "21 x Nowy Jork" ma w sobie coś apokaliptycznego?

Rzeczywiście, umieściłem w filmie coś na kształt autorskiej wizji końca ludzkości. Osobiście jestem przekonany, że stopniowo będziemy pozbywali się powłoki cielesnej, aż w końcu zostanie z nas tylko mózg podłączany do prądu i źródła informacji przez kabel USB, za pomocą którego będziemy dostarczali mu odpowiednich bodźców. Naszym celem będzie zapewne dostarczenie sobie maksimum przyjemności. Bodźcem, który wywołuje najwięcej rozkoszy, jest orgazm, więc będziemy wydłużali go w nieskończoność, aż w końcu mózg nie wytrzyma i zwyczajnie eksploduje. Będzie to drugi Wielki Wybuch, który tym razem nie rozpocznie, lecz skończy, naszą cywilizację.

Gdy cię teraz słucham, trudno mi uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu byłeś w stanie nakręcić tak pogodny film jak "Dziennik z podróży".

Być może mój styl opiera się na nieustannej zmianie stylu. Nie lubię się powtarzać i wolę za każdym razem szukać formy, która będzie najlepiej pasowała do natury nowego pomysłu. Mój następny projekt, "Opera o Polsce", również odejdzie daleko od wszystkiego, co robiłem do tej pory i będzie stanowił połączenie dokumentu i współczesnej opery.

Chcesz przez to powiedzieć, że twoje kolejne filmy nie mają ze sobą nic wspólnego?

Jeśli coś je łączy, to chyba tylko chęć poszukiwania odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania: Jak żyć? Gdzie? Po co?. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to patetycznie, ale szkoda przecież czasu na zajmowanie się sprawami nieważnymi.