MARCIN CICHOŃSKI: Masz obsadę, o której wielu może tylko pomarzyć. Scenariusz, którego jesteś współautorem, powstawał z myślą o konkretnych postaciach? Oglądając film można odnieść wrażenie, że pewne sceny zostały napisane z myślą o Andrzeju Chyrze.

ARKADIUSZ JAKUBIK: Scenariusz to jest proces. Dwa, trzy lata temu, podczas pracy nad tekstem Roman Lach czyli ojciec, ten despotyczny i zły ojciec, nie miał bynajmniej twarzy Andrzeja Chyry. Wtedy to był wyrazisty, bardzo brutalny samiec alfa, ale taki, który był grubą kreską zarysowany. W życiu nie dałbym tamtemu Lachowi twarzy Andrzeja, na której widać inteligencję, pewną delikatność wręcz. Natomiast na pewno pisałem scenariusz (razem z Grzegorzem Stefańskim i Igorem Brejdygantem) z myślą o Kindze Preis. Jestem admiratorem jej talentu. Fantastyczna aktorka. Pracowałem z nią przy "Domu złym". Wtedy nam się nie udało… (śmiech) Ale teraz jak najbardziej. Natomiast z Andrzejem było tak, że w którymś momencie pracy nad scenariuszem dotarła do mnie konstatacja, że taka jednowymiarowa, papierowa wręcz postać Romana Lacha zaczyna mnie uwierać. Zacząłem szukać możliwości, żeby tę postać pogłębić, żeby w jakiś paradoksalny sposób spróbować ją obronić.

Obronić potwora?

Zdałem sobie sprawę, że to nie będzie film o przemocy domowej, ponieważ to, że przemoc domowa jest rzeczą złą i straszną, to jest oczywiste. To jeszcze nie powód, żeby robić o tym film. Mnie najbardziej interesującą skomplikowane mechanizmy, które funkcjonują w mikroświecie toksycznych relacji rodzinnych. Zadałem sobie pytanie: co by było gdyby widz empatycznie wszedł w postać Romana Lacha i w jakiś sposób próbował go zrozumieć, może nawet mu współczuć… I wtedy pomyślałem sobie: a co by było, gdyby ojcem był facet wrażliwy, zagubiony, kochający rodzinę, ale gdzieś zamknięty w pułapce swojej choroby, swoich fobii, świata zblatowanego, świata miasteczka, w którym wszyscy mają haki na wszystkich. Faceta, który nie potrafi sobie dać rady z tym światem i z samym sobą. Jest nie tylko katem, ale może również ofiarą tego świata, tych relacji. Wtedy pomyślałem, że właśnie Andrzej Chyra mógłby dać taki ludzki rys tej postaci. W związku z tym już na etapie scenariusza postać Romana Lacha w istotny sposób ewoluowała, uwrażliwiała się po to, żeby nie była czarno-biała, żeby gdzieś poszukać w szarościach. Każdy anioł musi mieć trochę brudu za paznokciami, a każdy morderca ma większą lub mniejszą aureolę nad głową. I tylko wtedy to jest ciekawe. Tylko wtedy to jest prawdziwe. Bo tak jest skonstruowany człowiek. Zresztą podobnie było z Filipem Pławiakiem …

Odczarowujesz jego pozornie delikatną twarz. W "Wołyniu" Filip Pławiak jest jednowymiarowy, aż za szlachetny…

Bardzo długo szukałem na castingach głównego bohatera. Wybór głównej roli jest absolutnie rzeczą kluczową. Bez trafionej dziesiątki nie ma filmu. Nienawidzę castingów. To były bardzo trudne i bolesne poszukiwania, na jednym z castingów... - ja się z tego dzisiaj śmieję – złamałem rękę, pokazując coś jakiemuś aktorowi...

Na kolejny casting przyszedł Filip. Ja oczywiście z ręką w gipsie. (śmiech) Pamiętam go jak siedział na korytarzu, taki jakiś mikry, nieśmiały, trochę nieobecny. Zadałem sobie pytanie: kto to jest? Przecież on tu nie pasuje - kto go tutaj w ogóle zaprosił? Szukałem młodego, silnego fizycznie faceta, który podejmie walkę na śmierć i życie ze swoim ojcem bandytą. Filip stanął przed kamerą, zagrał kilka scen, a mnie po prostu zmroziło… Miał w sobie prawdę, charyzmę i niebywały magnetyzm, coś co ma niewielu aktorów. Patrzyłem na tego gościa z dużym zaciekawieniem i postanowiłem go zaprosić na kolejny etap zdjęć próbnych, a potem jeszcze na kolejny. Patrząc na niego zadawałem sobie pytanie, co by było, gdyby nasz główny bohater nie był taki hej do przodu, tylko właśnie miał energię Filipa, jego wrażliwość, nieśmiałość, jego szlachetną twarz. I co by było gdyby to on zagrał w tym filmie, na ile by się ta historia zmieniła, czy byłoby to z korzyścią dla filmu. Myślę, że podjąłem słuszną decyzję. Kilka scen trzeba było zupełnie na nowo przepisać, właśnie pod kątem wrażliwości Filipa. Widz o wiele łatwiej identyfikuje się z takimi postaciami delikatnych wrażliwców, wtedy bardziej emocjonalnie, dramatycznie odbiera całą tę historię. Do tego wszystkiego doszedł fakt, że Andrzej Chyra i Filip są do siebie bardzo podobni. Tego w filmie nie ma, ale razem ze scenografką zrobiliśmy taki żarcik - mianowicie na planie w domu Lachów było zdjęcie ślubne Teresy i Romana Lachów czyli Kingi Preis i Andrzeja Chyry. My daliśmy tam młodą Kingę ale zamiast młodego Andrzeja daliśmy aktualne zdjęcia Filipa trochę tylko zretuszowane. Nikt się nie poznał. Wszyscy uważali, że to jest młody Andrzej Chyra naprawdę… (śmiech)

Kino gatunkowe w Polsce nie jest  najpopularniejsze - nie tu są największe tłumy. Wejście w wątki rodzinne, wątki związane z przemocą i alkoholizmem, były świadomą ucieczką, czy też jest tak, że pomogły w skonstruowaniu historii gatunkowej?

To nie jest do końca kino gatunkowe. Na swoją potrzebę nazywam to mezaliansem dramatu obyczajowego zaangażowanego społecznie z kryminalnym thrillerem. Ten mezalians wziął się głównie z tego, że… ja to się generalnie w kinie szybko nudzę. A ponieważ bardzo szanuję widza i oglądam film - nawet reżyserując – jego oczami, potrzebuje mieć coś, co mnie trzyma w napięciu przez te półtorej godziny. Czymś, co mnie jeszcze bardziej interesuje w kinie jest nielinearne opowiadanie historii. Dotknąłem już tego przy okazji swojego reżyserskiego debiutu - "Prostej historii o miłości". Tam też przenikały  się różne płaszczyzny narracyjne. Światy pozornie nieprzystające do siebie. W "Prostej historii o morderstwie" jest to rodzaj intelektualnej gry, łamigłówki. Proponuję ją widzowi, bo traktuję go jako inteligentnego partnera, który ten rodzaj filmowej zabawy lubi. I lubi być wodzony za nos, zaskakiwany. Czasami gubi się w tej historii, szuka punktów zaczepienia, haczyków albo podpowiedzi, żeby mógł wrócić na odpowiedni wektor narracji.

Podział filmu na tu i teraz i retrospektywę czemuś służy.

Warstwa obyczajowa, która jest warstwą retrospektywną, dzieje się zupełnie w innym czasie niż warstwa kryminalna, która de facto zaczyna się w momencie, w którym kończy się warstwa obyczajowa. Wymieszane ze sobą, niechronologicznie opowiedziane, przenikające się nawzajem, dają możliwość, by taką zabawę zaproponować. Nie jest to do końca klasyczny thriller kryminalny, w którym mamy wrzuconych mnóstwo fałszywych tropów. To nie jest tylko opowieść o tym kto zabił, tylko próba wzięcia pod takie szkło powiększające filmowej kamery wszystkich mechanizmów, które funkcjonują w mikroświecie najmniejszej komórki społecznej jaką jest rodzina… Chorych, skomplikowanych, toksycznych relacji. Zauważ, że rodzina Lachów nie jest rodziną patologiczną. To są nasi sąsiedzi, którzy żyją dostatnio, mają piękny dom, dopiero co odmalowany płot, równo przystrzyżony prawnik, przepiękny bluszcz na fasadzie domu i nikt nie chce wiedzieć co się dzieje w środku. Albo wszyscy udają, że jest ok.

Myślę, że to drugie. Naszym stricte polskim problemem jest bowiem przyzwolenie na alkoholizm i przemoc domową. Do tej pory było to utożsamiane z marginesem i degrengoladą… A większym problemem jest to, że pije i bije się w "normalnych rodzinach".

Dostałem kilka lat temu scenariusz zatytułowany "Piętno" Grzegorza Stefańskiego o przemocy domowej, który poruszył jakąś czułą strunę we mnie. Wróciłem do swoich młodzieńczych wspomnień. Pamiętam, że na moim osiedlu milicjant tłukł żonę i wszyscy udawali, że o niczym nie wiedzą. Ona do sklepu szła w ciemnych okularach zimą, a wszyscy odwracali głowę, ja też. I każdy się bał, wstydził, żeby zapytać czy można pomóc, czy można cokolwiek zrobić. Zacząłem wchodzić w ten temat. Zacząłem czytać relacje osób, które są uwikłane w takie toksyczne relacje, czytać statystyki, które są porażające. Ponad jedna trzecia Polaków w badaniach opinii publicznej przyznaje się, że zaznała kiedyś przemocy ze strony członka rodziny. To niebywałe. A dwie trzecie Polaków ma natomiast znajomych, gdzie takie fakty mają miejsce.   Powszechne przyzwolenie na taki stan rzeczy i taki rodzaj funkcjonowania rodziny… są chore.

W filmie z jednej strony jest próba nakreślenia społeczności małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają, gdzie wszyscy są zblatowani, trzymają razem sztamę… Nieprawdopodobne jest to, jak wszyscy dookoła począwszy od lekarzy, prokuratorów, przełożonych męża przekonują bohaterkę, żeby mu odpuściła, żeby nikomu nic nie zgłaszała…

Dla mnie kluczowym zdaniem jest to, które mówi Teresa Lach, czyli Kinga Preis w samochodzie: "a może to moja wina".

Tak, jasne.. Facet tłucze żonę, bo ona poszła na zakupy, a on ją prosił, żeby nie wychodziła z domu. Proszę cię...

Wielokrotnie podkreślałeś, że "Wołyń" Cię bardzo dużo kosztował. Już ci się udało zrzucić ten ciężar, koszt grania w tym filmie? Czy to jest coś, czego się nie da zrzucić?

Jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi - świat "Prostej historii o morderstwie" miał mi pomóc zapomnieć, zresetować tamte koszmarne obrazy z planu "Wołynia". Wydawało się, że już jest wszystko w porządku i nagle przyszedł casting, na którym szukałem odtwórcy głównej roli do swojego filmu… I nie dałem rady. Pokazując jakiemuś aktorowi jak ma zagrać scenę, czego naprawdę nienawidzę robić, nie wiem co mi  strzeliło do głowy, uderzyłem ręką w krzesło i sobie ją złamałem.

I wtedy przyszło oczyszczenie…?

Nie. Dotarło do mnie, że jednak te emocje gdzieś cały czas w środku siedzą. Że przecież normalnie w życiu bym czegoś takiego nie zrobił. No błagam cię – reżyser na castingu uderza ręką w krzesło i łamie ją sobie? (śmiech) Zrozumiałem, że cały czas mam w głowie tamte złe emocje. Wydaje ci się, że masz już wszystko przerobione, a one wracają do ciebie w najbardziej nieoczekiwanym momencie.

Po raz drugi wróciły, kiedy zobaczyłem "Wołyń" na festiwalu w Gdyni. Wtedy rozwaliło mnie po prostu - wszystkie wspomnienia spotęgowane wróciły. Kiedy po pokazie było spotkanie z publicznością, w ogóle nie chciało mi się gadać. Odczuwałem rodzaj żenady, że ja muszę tutaj coś o jakimś planie filmowym opowiadać, silić się na przygody z planu, mówić jak się pracowało.

Oprócz moich konotacji prywatnych - bo cały czas powtarzam, że moja rodzina od strony ojca, moi dziadkowie stamtąd uciekali i mam do tego  bardzo prywatny stosunek - to, że brałem w tym filmie udział było dla mnie piekielnie ważne. Jeździliśmy z pokazami przedpremierowymi po całej Polsce: Wrocław, Oława, Bydgoszcz, Lublin. Na tych pokazach dużą część widowni zajmowali kresowiacy, którzy pamiętają tamte wydarzenia albo ich potomkowie: synowie, wnuki. Cisza, jaka zapadała po filmie… Brak słów. Ta cisza kiedy wchodziliśmy na scenę i przez dłuższy czas nie wiadomo było co powiedzieć, jak zacząć patrzeć w oczy tych ludzi. To ciężkie milczenie czasem Wojtek przerywał pytając: kto z państwa pochodzi z Kresów? I ludzie podnosili ręce. I zaczynali opowiadać, że dokładnie tak było, że tam było moje gospodarstwo, że to była moja wieś dokładnie. Świadectwo tych ludzi, którzy jeszcze żyją, a jest ich coraz mniej, każdego dnia odchodzą, jest najważniejsze. Ten film jest  hołdem dla nich. Hołdem pamięci i całe szczęście, że w końcu po tylu latach powstał. Bo z niezrozumiałych dla mnie kompletnie powodów, jakiejś dziwnie rozumianej politycznej poprawności w wolnej Polsce przez ostatnich 27 lat nie powstał żaden film na ten temat.

Wojciech Smarzowski powiedział, że ma wrażenie, że po pierwszym bólu przyjdzie refleksja. Że można będzie wybaczyć i oczyścić się z tego dramatu. Czy widzisz już to oczyszczenie…? Dla mnie najgorszą rzeczą, która mogła nastąpić po tym filmie było podniesienie w odwecie przez osoby o nieco niższym IQ i/lub narodowych skłonnościach kos i siekier przeciwko Ukraińcom.

Wojtek na każdym kroku powtarza, że to absolutnie nie jest film skierowany przeciwko Ukraińcom. Jest oczywiście obawa, że część polskiego społeczeństwa nie zrozumie tego przesłania. Może jestem naiwny, ale wierzę, że ten film będzie mostem, a nie murem. Może to jest perspektywa lat, może dziesięcioleci, ale jest. Skomplikowany proces czeka naszych sąsiadów, którzy muszą się z tym tematem w końcu skonfrontować. Ale co najważniejsze - ten film już stał się mostem. Dla Polaków. Pierwszy raz od lat o swojej historii - prawa, lewa strona i środek zaczynają mówić jednym głosem. Nagle zaczynamy rozmawiać o jednej Polsce. I to jest rzecz fantastyczna.

Wracając do "Prostej historii o morderstwie". Czy w przypadku tego filmu, czy w przypadku twojego projektu muzycznego - Doktora Misio ty bardzo przejmujesz jak liczną będziesz grupę odbiorców…?

Na pewno nie ma takiej drugiej przestrzeni aktywności twórczej, która dawałaby tak totalnie absolutną wolność, jak muzyka. Tutaj nie masz nad sobą reżysera, producenta, tych wszystkich, którzy wiedzą lepiej i mówią ci co masz robić… Myślę teraz bardziej o zawodzie aktora, gdzie jednak jesteś małym lub większym trybikiem wielkiej filmowej maszyny i masz do zagrania - najlepiej jak potrafisz - mniejszą lub większą rolę….

Z filmem "Prosta historia o morderstwie" jest odrobinę bardziej skomplikowana sprawa. Dystrybutorzy mnie za to zastrzelą, ale to nie jest kino wymyślane z myślą o szerokim, masowym widzu. W moim przekonaniu to jest kino autorskie, kręcone z perspektywy mojej wrażliwości. Tyle, że ja się w kinie nie lubię nudzić i robię taki film, jaki ja bym chciał oglądać w kinie.

Nie jestem typem reżysera-rzemieślnika. Miałem kilka propozycji realizacji czyichś scenariuszy filmowych, gdzie zarobiłbym jakieś pieniądze, gdzie wpisałbym sobie kolejny tytuł w swoim reżyserskim CV, ale... Mam tyle lat, ile mam. W styczniu stuknie mi 48. Wiem, ile czasu trzeba poświęcić na realizację filmu. Ile to jest lat wyjętych z życiorysu. Dlatego szkoda mi czasu na rzeczy błahe, które mnie kompletnie nie interesują i są tylko sposobem na zarabianie pieniędzy. Robię rzeczy, w które wierzę i które mnie obchodzą.