Twój najnowszy film – nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem na Berlinale "Śmierć w Sarajewie" – wyrasta z inspiracji sztuką teatralną "Hotel Europe" Bernarda-Henri Lévy'ego. Czego dowiedziałeś się o swoim kraju z tekstu napisanego przez Francuza?
Danis Tanović: Pragnę podkreślić, że odszedłem od pierwowzoru bardzo daleko. Tekst Lévy'ego jest bardzo filozoficzny, pełen odniesień do współczesnych myślicieli i wymagający od odbiorcy sporej erudycji. Nie chciałem iść w tę stronę, bo nigdy nie zależało mi, by docierać wyłącznie do intelektualistów. Poza tym z punktu widzenia filmu sztuka Lévy'ego ma jedną zasadniczą wadę: to długi monolog jednego aktora. W teatrze taka konwencja jest jeszcze do przyjęcia, ale w kinie znudziłbyś się nią nawet, gdyby przez półtorej godziny siedział przed tobą nagi Al Pacino.

Na jakiej zasadzie dokonałeś modyfikacji literackiego pierwowzoru?
Uchwyciłem się kurczowo pewnego detalu. W jednej ze scen sztuki pojawia się pokojówka, która przynosi głównemu bohaterowi – unijnemu politykowi – świeżo wyprasowaną koszulę. Pomyślałem sobie: a co gdyby pójść za tą epizodyczną postacią, dowiedzieć się czegoś o niej samej, kolegach z pracy, warunkach, w jakich egzystują? Prawdziwe życie toczy się przecież w hotelowej kuchni i pralni, a nie w luksusowych pokojach.

W "Śmierci w Sarajewie" próbujesz zestawić ze sobą te dwie, pozornie przeciwstawne perspektywy. Czy w związku z tym masz wrażenie, że to twój najbardziej złożony film w karierze?
Całkiem możliwe. Jednocześnie cały czas starałem się jednak, by moja wizja – nawet jeśli dotyczy skomplikowanych powiązań między grupami społecznymi – nie straciła klarowności i wciąż była w stanie wywołać w widzach emocje. Miałem też inną istotną motywację. Przez lata mieszkania w Bośni zdążyłem zauważyć, że moi rodacy zaczęli przyjmować otaczającą rzeczywistość na wiarę i zatracili umiejętność zadawania pytań. Za sprawą "Śmierci..." spróbowałem wskrzesić ją na nowo.

Jakie pytania cisnęły ci się na usta w trakcie pracy nad filmem?
Właściwie tylko jedno, za to bardzo ważne. Jak to możliwe, że choć teoretycznie się bogacimy, powstają nowe inwestycje, drogi i budynki, zwykli ludzie robią się coraz biedniejsi? Odpowiedź wydaje się prosta: nieliczni zarabiają duże pieniądze kosztem ubożącej reszty społeczeństwa. System, który obowiązuje dziś w Bośni, uznałbym za nową formę feudalizmu. Kilku możnych zbiera się i decyduje o warunkach życia całej reszty społeczeństwa. Dotyczy to również przemysłu filmowego. W moim kraju możesz stanąć za kamerą, tylko jeśli pozwoli ci na to kaprys paru decydentów, którzy uważają w dodatku, że są twoimi dobroczyńcami i zasługują, abyś całował ich po rękach.

W "Śmierci..." powraca także pytanie o ocenę postaci Gavrilo Principa, który w 1914 roku dokonał zamachu na arcyksięcia Ferdynanda i przyczynił się do wybuchu I wojny światowej. Twoim zdaniem Princip był bohaterem czy zdrajcą?
Dla mnie to przede wszystkim romantyczny idealista. Nie możemy zapominać, że gdy strzelał do arcyksięcia Ferdynanda, był ledwie nastolatkiem, a w tym wieku zwykle nie analizujesz swoich czynów zbyt głęboko, lecz idziesz za głosem serca. Nie rozumiem tych z moich rodaków, którzy dziś piętnują Principa za to, że był Serbem. Czy z tego samego powodu nie uznają oni odkryć Nikoli Tesli? Kwestie narodowościowe nie mają dla mnie znaczenia, bo wychowałem się w socjalistycznej Jugosławii i mocno wierzyłem w trwałość tego państwa. Z tego samego powodu do dziś zachowałem w sobie przekonania lewicowe. Nie jestem, oczywiście, zwolennikiem zniesienia własności prywatnej, ale uważam, że jesteśmy zobligowani do pomocy ludziom, którzy nie radzą sobie w życiu tak dobrze jak my.

Jednym z głównych bohaterów "Śmierci..." uczyniłeś współczesnego Principa, którego losy stanowią ironiczny rewers biografii przodka.
To, co dzieje się z młodym Principem, stanowi rodzaj mojego hołdu dla "Czekając na Godota" i obecnej w tym dziele koncepcji absurdu, który bywa jednocześnie zabawny i przerażający. Mam wrażenie, że przez 100 lat rzeczywistość zdążyła przegonić wyobrażenia Becketta i stać się jeszcze bardziej niedorzeczna. W moim filmie mamy w końcu do czynienia z tragedią, która rodzi się z bezczelnie błahych powodów – ot, ktoś znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i miał nieszczęście trafić na furiata, który pokłócił się z żoną i wciągnął za dużo kokainy. Powiesz mi, że to bzdura, a ja odpowiem, że tak właśnie wygląda życie.

Bohaterowie "Śmierci..." bez przerwy kłócą się o wydarzenia historyczne. Czy twoi rodacy naprawdę są aż tak bardzo uzależnieni od przeszłości?
Czasem można odnieść wrażenie, że wydarzenia z czasów wojny bałkańskiej emocjonują ich bardziej niż problem, skąd wziąć pieniądze na jutrzejsze śniadanie. Absolutnie nie umiem tego zrozumieć. Swego czasu ta bezsilność popchnęła mnie do aktywności politycznej. Mój komunikat wyborczy był jasny: "Ludzie! Odniosłem w życiu sukces, nie przychodzę do was, by kraść. Moim celem jest udowodnienie wszystkim, że możemy wziąć się w garść i wydobyć kraj z kryzysu". Myślisz, że odnieśliśmy wielkie zwycięstwo, a Bośnia zaczęła się modernizować? W życiu! Dostaliśmy cztery procent głosów, bo w moim kraju nie da się prowadzić poważnej debaty politycznej. Obojętnie, co powiesz, i tak za chwilę usłyszysz od przeciwników, że jesteś faszystą, komunistą albo muzułmaninem. Gdy to sobie uświadomiłem, dałem spokój i wróciłem na plan filmowy.

Myślisz, że ta radykalna diagnoza odnosi się wyłącznie do twojej ojczyzny?
Wręcz przeciwnie, pod pewnymi względami sytuacja reszty Europy wygląda jeszcze gorzej. Wystarczy popatrzeć na wzrost prawicowego radykalizmu na Węgrzech albo w twojej ojczyźnie. Merkel stara się hamować te tendencje, ale jest osamotniona i nie daję jej, niestety, wielkich szans. Jedyny kraj, który napawa mnie pewną nadzieją, to Islandia. Ludzie nie wahali się tam wsadzić bankierów do więzienia i powiedzieć: "Pieprzcie się. Nie będzie taryfy ulgowej dla kogoś, kto okradał uczciwych obywateli". To jednak wyjątek, który potwierdza regułę. Aby wydźwignąć kontynent z kryzysu, potrzebowalibyśmy polityka formatu de Gaulle'a albo Churchilla. Tymczasem nikogo takiego na horyzoncie nie widzę. W Stanach podoba mi się Bernie Sanders, ale idę o zakład, że prędzej go zastrzelą, niż wybiorą na prezydenta.

Trudno nazwać cię urodzonym optymistą.
Moja sytuacja bierze się z troski o otaczającą rzeczywistość. Nie mogę pozwolić sobie na luksus cynizmu i zdystansowania w sytuacji, gdy mam pięcioro dzieci, którym muszę zapewnić byt. Gdyby nie to, być może już dawno palnąłbym sobie w łeb.

Co właściwie motywuje cię dziś do tworzenia filmów?
Zabrzmię może tandetnie, ale naprawdę przyznałbym rację Leninowi, który uważał kino za najważniejszą ze sztuk. W końcu filmy mają w sobie moc, by zmienić świat albo chociaż pojedynczą biografię. Sam jestem żywym dowodem na prawdziwość tej tezy. Gdy kiedyś na gali Złotych Globów spotkałem Harrisona Forda, powiedziałem mu, że gdyby nie on, byłbym w życiu zupełnie gdzie indziej niż teraz. Do dziś pamiętam ekscytację, którą wywoływały we mnie "Indiana Jones", "Gwiezdne wojny" czy "Łowca androidów". Chyba właśnie po którymś z kolei seansie tego ostatniego filmu zacząłem marzyć, że kiedyś sam zostanę reżyserem.

Czy wciąż uważasz się za kinofila?
Jak najbardziej. Uwielbiam też gromadzić ulubione filmy, moja kolekcja liczy kilka tysięcy płyt DVD. Dzięki temu za każdym razem, gdy obejrzę jakiegoś gniota, w ramach odtrutki mogę włączyć sobie któreś z arcydzieł włoskiego neorealizmu.

W 2001 roku zadebiutowałeś znakomitą "Ziemią niczyją", która zdobyła wiele nagród, z Oscarem na czele. Jak z perspektywy czasu wspominasz ten sukces?
Dopiero teraz zaczynam w pełni rozumieć jego naturę. Wtedy nie miałem czasu na analizy, dostawałem średnio dwie nagrody w tygodniu i miałem poczucie, że żyję w bańce mydlanej. Pamiętam, jak moja żona wzięła kiedyś do ręki jedną z zalegających w domu statuetek i powiedziała: "Nie będziesz trzymał tego gówna w naszym salonie!". Odparłem: "Ale kochanie, to jest przecież Złoty Glob". A ona swoje: "Nie obchodzi mnie to, i tak jest szkaradny". Tak wyglądało moje życie przez kilka miesięcy. Tymczasem jeszcze parę lat wcześniej, po wyjeździe z Bałkanów, pracowałem we Francji jako drwal i czasem nie mogłem pozwolić sobie na kanapkę w McDonald's. Trudno dziwić się, że w jakimś stopniu zachłysnąłem się sukcesem. Potem jednak spadłem z wysokiego konia. Mój drugi film – "Piekło" według Kieślowskiego – nie spodobał się praktycznie nikomu. Wtedy błyskawicznie dojrzałem i pogodziłem się z tym, że nie zawsze będę już noszony na rękach.

"Śmierć w Sarajewie" łączy z "Ziemią niczyją" obecność sporej dawki czarnego humoru.
Zawsze łatwiej jest być zabawnym w swoim własnym języku. Inny film zrealizowany przeze mnie w ojczyźnie, "Cyrk Columbia", też miał w sobie sporo komizmu. Uwielbiam zresztą bośniackie dowcipy za okrutną autoironię, która kojarzy mi się z humorem żydowskim. Gdyby nie dystans do siebie, być może nigdy nie wróciłbym do Sarajewa. Jako filmowiec z Oscarem na koncie mógłbym przecież wciąż mieszkać w Paryżu i patrzeć na swoją ojczyznę z góry. Bośniackie poczucie humoru uchroniło mnie przed tą pokusą i zawsze przypominało, żeby nie traktować siebie jako lepszego od innych.

Powiedziałeś kiedyś, że wspomniany "Cyrk Columbia" zrobiłeś po to, by pokazać rodzicom, jak bardzo spieprzyli sytuację w twoim kraju. Jak matka i ojciec zareagowali na ten film?
Płakali przez prawie cały seans. Podobnie postępowali prawie wszyscy ich znajomi. Oni zalewali się łzami, a ja czułem satysfakcję, bo widziałem, że pokolenie ludzi, do których przez całą swoją młodość miałem wielkie pretensje, w symboliczny sposób przyznaje się do winy.