To dla pani czas triumfu. Niedawno odebrała pani nagrodę Donostia na festiwalu w San Sebastian. Wcześniej, po roli królowej matki – Order Imperium Brytyjskiego (OBE).

Przypadek. Koledzy z ekipy „Randki z królową” namawiali mnie, żebym zapytała monarchinię, czy widziała film. Ale ja kazałam im się odchrzanić. Tym razem nie chodziło o kilka minut ich produkcji – dostałam odznaczenie za całe moje życie! Dlatego kiedy książę Karol zapytał, czym się ostatnio zajmuję, powiedziałam: „Jestem matką”. A on dodał: „Wspaniale, że po tak długim czasie wreszcie panią tutaj zauważono”. Byłam zachwycona, choć pewnie zawsze tak mówi, kiedy musi być miły, a nie wie do końca, z kim ma do czynienia.

„Gosford Park”, „Synekdocha, Nowy Jork”, „Świetliki w ogrodzie”, „Czerwony smok”, „Czas wojny”. Często pani pracowała w Stanach, a jednak pozostała pani bardzo brytyjską aktorką.

Nie grałam tak dużo za oceanem. Zwłaszcza ostatnio przyjmuję propozycję ról w amerykańskich filmach, tylko jeśli kręcone są w Europie. Przejadło mi się cygańskie życie, szkoda mi czasu na latanie przez ocean. Dzieci chodzą już do szkoły i nie mogłabym targać ich z sobą. Starczy, że je wzięłam na ceremonię wręczania OBE – wynudziły się jak nigdy. Dwie godziny ceremonii, na którą nie można wnieść nawet głupiego iPhone’a. Im nie imponują znani ludzie i monarchowie w pałacach. Jestem dla nich zwyczajną, denerwującą matką.

A pani ciąży zainteresowanie mediów?

Nie przepadam za nim. Nie lubię, jak przywiązuje się do mojego zawodu zbyt dużą wagę i powtarza, jak wielkie posłannictwo niesiemy na swoich barkach. Na Boga, jesteśmy tylko aktorami, gramy różne role i tyle. Helen Hunt powiedziała kiedyś, że jako aktorki czytamy wspaniałe rzeczy o nas w prasie, a później te same media krzyżują nas, kiedy zaczynamy wierzyć w to, co napisali.

Kiedy po pierwszej roli, w „Przełamując fale”, spadła na panią rozpoznawalność, naprawdę nie zachłysnęła się nią pani?

Rzeczywiście, biznes celebrycki wtargnął do mojego życia szybko i dramatycznie. W ciągu kilku dni ja, nieznana dziewczyna, trafiłam do najważniejszych tytułów prasowych. I tych mniej ważnych też. W odruchu obronnym popadłam w katatonię. Ale przeszło. Inny cytat z wybitnej aktorki, Emmy Thompson: „Sława? To jakby ktoś niósł na ulicy radio. Słyszy się z daleka, że nadchodzi, dźwięk staje się coraz głośniejszy, głośniejszy, trudny do zniesienia, a potem stoi się obok niego i już się o nim nie pamięta”. Ja nie zauważam swojego rozgłosu. Czytam recenzje, bo ciekawi mnie spojrzenie krytyków na film, ale nie przejmuję się zbytnio. Na premiery daję się umalować i ubrać, a potem myślę tylko, żeby się nie przewrócić na obcasach i nie zrobić z siebie publicznie idiotki.

Początek pani kariery, w filmie Larsa von Triera, był chyba bardzo intensywny. To reżyser, które słynie z tego, że dużo wymaga od aktorów.

Jak się jest młodym, nie myśli się o kosztach. Nie miałam doświadczenia, wydawało mi się, że zawsze pracuje się tak, jak chciał Lars. Aktorstwo nie jest dla psychiki zdrowym zajęciem. Odgrywanie cudzych emocji ma fizyczny wpływ na organizm: nagle człowiek płacze albo się śmieje. To rozregulowuje. A potem trzeba sobie z tym jakoś poradzić. Można się porządnie straumatyzować. I zdarzyło mi się to ze dwa razy.

Na plan „Oranges and Sunshine” wyszła pani kilkanaście godzin po pogrzebie matki.

Kiedy matka trafiła na oddział intensywnej terapii, byłam w czasie zdjęć. Od razu wróciłam do domu, ale było za późno. Po pogrzebie musiałam znów lecieć do Australii. Najtrudniejsze było to, że niemal cały scenariusz o pracownicy opieki społecznej poświęcony był relacjom bohaterów z matkami. Ale potrafię ostro wyznaczać granice między prywatnością a pracą.

Jak sobie pani z tym radzi?

Niektórzy aktorzy dzięki technice zostawiają rolę na planie, traktują ją jak ubranie robocze. Ale ja myślę, że odpowiedź leży gdzieś indziej – w życiu. Trzeba znaleźć w nim balans, równowagę. Coś, co człowieka osadzi w rzeczywistości i nie pozwoli mu się od niej odkleić. Ale czy da się tak do końca? Dzisiaj jestem starą aktorzycą, ale i tak, kiedy ostatnio w „A Song for Jenny” grałam matkę ofiary zamachów terrorystycznych w Londynie, zatraciłam się w kreacji. Nawet nie zauważyłam kiedy. Dopiero przyjaciele powiedzieli: „Em, wróć do nas”.

Co pani robi po takich rolach, by znów odnaleźć siebie?

Chodzę na spacery, maluję, mam dzieci i psa.

Naprawdę po tych wszystkich latach wciąż pani tak bardzo swój zawód przeżywa?

Staż nie ma tu nic do rzeczy. Ostatnio grałam w filmie „The Dresser” z Anthonym Hopkinsem i Ianem McKellenem. To aktorskie wyżyny, szczypałam się cały czas, że tam jestem. Czułam potworną tremę i było mi z tego powodu strasznie głupio. Ale potem spojrzałam na Iana McKellena, który przed pierwszą sceną obgryzał paznokcie, cały się trząsł i powtarzał: „Nie spieprzę tego, nie spieprzę tego, nie spieprzę tego”. Widzi pan? Jeśli on tak może, to ja tym bardziej.

Nie boi się pani też ról pozbawionych glamouru i makijażu, w których widać każdą pani zmarszczkę. Jak ostatnio w „Evereście”.

„Everest” był fascynującym przeżyciem, grałam szefową bazy na Evereście, która słuchała bezradna w radiu, jak giną jej kolejni przyjaciele. Ale jestem przyzwyczajona. Ja nigdy nie dostaję ról „z glamourem”. Nie ten typ.

Jak to jest patrzeć na siebie na ekranie – starzejącą się, niedoskonałą?

Najtrudniejszy jest dla aktorki moment, kiedy przestaje grać młode kobiety. Wtedy najpierw droga staje się wyboista, a dopiero później robi się naprawdę ciekawie. I dla mnie przyszedł już ten moment. Chociaż nigdy nie byłam na ekranie „dziewczyną”. Ktoś kiedyś określił mnie jako „aktorkę charakterystyczną, która zawsze z kimś na ekranie sypia”. Z czasem moje bohaterki uprawiały coraz mniej seksu. I teraz jestem po prostu aktorką charakterystyczną. Może być.