Komiks Millera był – obok takich dzieł jak "Strażnicy" Alana Moorea i Dave'a Gibbonsa – jednym z tych albumów, które zrewolucjonizowały opowieści o superbohaterach. Historia podstarzałego Bruce’a Wayne’a, który po latach emerytury postanawia jeszcze raz założyć kostium Batmana, dowiodła, że w komiksach o zamaskowanych pogromcach zła wciąż tkwi niewyczerpany potencjał. Nic dziwnego, że pojawiały się plotki o zainteresowaniu Hollywood komiksem Millera. W jednej z nich w rolę Batmana miał nawet wcielić się Clint Eastwood. Na pewno zaś "Powrót..." wraz z innym głośnym albumem "Zabójczy żart" był inspiracją dla Tima Burtona, gdy kręcił swojego "Batmana".

Ostatecznie nie doczekaliśmy się aktorskiej wersji dzieła Franka Millera. Możemy za to obejrzeć udaną animowaną adaptację, która pojawiła się w świetnym cyklu "DC Universe Animated Original Movies". "Mroczny Rycerz – Powrót" (dystrybutor zdecydował się na tytuł inny niż nosi polskie wydanie komiksu, być może by uniknąć zbieżności z filmem Christophera Nolana „Mroczny Rycerz powstaje”) jest w miarę wierną adaptacją komiksowego oryginału. Twórcy, choć w przypadku animacji pokusa musiała być spora, nie zdecydowali się także na ocenzurowanie wyobraźni Franka Millera – z pewnością nie jest to seans dla młodszych wielbicieli Batmana. Nie wszystkie pomysły narracyjne Millera udało się z powodzeniem przenieść na ekran – w wersji filmowej zaskakująco słabo sprawdził się pomysł z komentarzami wygłaszanymi przez telewizyjnych reporterów – ale bez wątpienia to kawałek porządnie opowiedzianej, posępnej niczym noc nad Gotham City historii.

I dziwi tylko to, że hollywoodzka maniera dzielenia filmów na części dotarła już do świata animacji. Pierwsza część "Powrotu" trwa zaledwie 75 minut, druga (polska premiera wiosną) raczej nie będzie dłuższa. Dwuipółgodzinny film byłby lepszym rozwiązaniem, ale nie pozwoliłby dwa razy zarobić na tej samej historii.

MROCZNY RYCERZ – POWRÓT, CZĘŚĆ 1 | reżyseria: Jay Oliva | dystrybucja: Galapagos