Dla filmowego świata stworzył ją Woody Allen. W 1995 roku słynny reżyser powierzył 28-letniej Mirze Sorvino rolę naiwnej blondwłosej call-girl w komedii "Jej wysokość Afrodyta". W pamięci widzów na długo pozostanie scena, na której aktorka ubrana w długie, czerwone, lakierowane kozaki rozmawia na nowojorskiej ulicy z przybranym ojcem swego syna - małym, neurotycznym Allenem.

Wielki nowojorczyk pozwalał jej na wszystko. "Powiedział, że nie muszę wypowiadać żadnej z kwestii przez niego napisanych, jeśli nie mam na to ochoty. Zdumiewające!" - wspomina Sorvino. "Miałam tylko instynktownie zagrać tak, żeby wydać się jak najbardziej śmieszna i wiarygodna jako Lindy Ash o piskliwym głosiku".

Zagrała i rok później odebrała swego pierwszego Oscara oraz pierwszy Złoty Glob. Stojąc na podium w noc rozdania statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej, dziękowała ojcu - znanemu odtwórcy ról charakterystycznych, przyznając, że to on właśnie nauczył ją wszystkiego, co najważniejsze w aktorstwie: "Bardzo cię kocham, tatusiu". Pamiętany z roli w "Chłopcach z ferajny" Paul Sorvino rozpłakał się jak bóbr. O mały włos, a nie byłoby ku temu okazji - ani Oscara, ani kariery Miry, którą wyproszono z castingu do filmu, ponieważ uznano, że jak na dziwkę wygląda zbyt wyrafinowanie. Na szczęście, wyrzucić się nie dała.

Córeczka tatusia

Mira Sorvino zawsze twierdziła, że są do siebie podobni. "Jesteśmy Włochami z pochodzenia, obydwoje reagujemy emocjonalnie. Mój ojciec to wesoły, otwarty człowiek, a ja odziedziczyłam po nim tę spontaniczność" - mówi. Tylko że ona nauczyła się skutecznie kontrolować emocje i wpływać na to, jak ludzie ją postrzegają. Dzięki temu szybko awansowała z trzeciej asystentki reżysera Roba Weissa na reżysera castingu, potem na współpracownika producenta, aby ostatecznie zagrać główną rolą w jego "Wśrd przyjaciół" - niezależnej produkcji nagrodzonej przez publiczność w Sundance w 1993 roku. Możliwości debiutantki dostrzegł także Robert Redford, w którego obrazie "Quiz Show" zagrała żydowską intelektualistkę, żonę detektywa (Rob Morrow) badającego sprawę przekrętów przy produkcji jednego z najpopularniejszych programów telewizyjnych Ameryki lat 50. Bardzo dobre recenzje Sorvino zebrała również, gdy "Barcelonie" Whita Stillmana wcieliła się w postać katalońskiej tłumaczki Marty Ferrer. W szczęśliwym dla niej 1995 roku wystąpiła jeszcze w popularnym serialu telewizyjnym, będącym ekranizacją powieści Edith Wharton, "The Buccaneers", a na planie "Normy Jean & Marylin" mogła sprawdzić, jak to jest być jak Marylin Monroe. Znów posypały się pochwały i nominacje do Emmy oraz Złotego Globu dla najlepszej aktorki.

Dobra passa Miry trwała do końca lat 90. Zagrała w kultowym "Brooklyn Boogie" Wayne Wanga, "Mordercznym lecie" Spike’a Jonze’a i razem z Havreyem Keitelem we wzruszającej "Lulu na moście" w reżyserii nowojorskiego pisarza Paula Austera. Jeszcze bardziej łzawo zrobiło się, gdy Sorvino postanowiła przekonać się, co znaczy "Dotyk miłości" w chwytającej za serce ekranizacji powieści Nicolasa Sparksa. Nieźle jej się wiodło również pod względem finansów - za ten ostatni romans dostała trzy miliony dolarów, zaś za udział w thrillerze "Zabójczy układ", gdzie partnerowała gwieździe kina kopanego z Hongkongu, Chow Yun Fatowi, dostała czek na dwa miliony dolarów. Bez napiwku.

Matka, żona i kochanka

Wiele się działo i w sercu Miry Sorvino. Przez kilka lat romansowała z Quentinem Tarantino, potem ze słynnym francuskim kochankiem (Kylie i nie tylko) Olivierem Martinezem. Tarantino twierdził, że pociąga go w Mirze wykształcenie, krystaliczny intelekt i talent, ale jedyną rolą, jaką miał jej do zaoferowania była rola jego dziewczyny i maleńki epizod w "Jackie Brown" (1997), więc w końcu para się rozstała. Martineza zapewne przeraziła właśnie jej inteligencja (w tym biegła znajomość mandaryńskiego), choć sama Sorvino po rozpadzie związku z Francuzem, podsumowała go lekceważąco: "Nie jest z tych, co się żenią". A ona chciała mieć rodzinę i dzieci.

W końcu w 2003 roku w jednej z modnych restauracji trafiła na młodszego od niej o 14 lat aktora Christophera Backusa, znanego z komediowego sitcomu "Will i Grace": "Coś sprawiło, że chcieliśmy ze sobą gadać bez przerwy" - wspomina Mira. W ciągu miesiąca zaręczyli się, rok później w tajemnicy wzięli ślub cywilny w Santa Barbara w Kalifornii, o czym informacje przedostały się do wiadomości publicznej dopiero po dwóch tygodniach, a potem na włoskiej wyspie Capri. Na świat przyszła najpierw córeczka Mattea Angel (2004), potem synek Johnny Christopher King (2006). A młoda mama chciała zrobić wszystko, nawet poświęcić własną karierę, by zapewnieć im szczęśliwe dzieciństwo. Którego sama po rozwodzie rodziców nie miała. Choć publicznie nigdy na nie narzekała, to zawsze z niechęcią mówi o chrześcijańskim wychowaniu i poczuciu winy, jakie owe surowe zasady w niej wzbudzały. - Ciągle mi się wydawało, że grzeszyłam. Byłam najszczęśliwsza, gdy kogoś całowałam - zwierza się 40-latka.

Dziewczyna z plakatu

W ostatniej dekadzie rzadko można ją oglądać w głośnych produkcjach hollywoodzkich. Czołówka Fabryki Snów obchodzi się bez Miry Sorvino, a ona wcale tego nie żałuje. Szuka nowych wyzwań, m.in. angażuje się w pracę na rzecz organizacji charytatywnych i zajmuje się produkcją filmów, głównie niskobudżeowych i niezależnych, w których także gra. - Nie sądzę, żebyście zobaczyli mnie jeszcze w wielkich superprodukcjach. Kiedyś zdawałam się na ślepy los, dziś wiem, że mogę pokazać się ze swej najlepszej strony tylko wówczas, gdy będę miała odpowiednio dobrą rolę. Jestem wybredna. Coś musi mi zadźwięczeć w głowie, gdy czytam scenariusz. Muszę wiedzieć, że film jest niezwykły, a rola oferuje nieprzeciętne możliwości - mówi i dodaje, że wielką gwiazdą nigdy nie chciała być, raczej wykładowcą.

"Kocham być aktorką, ale chwilami nęci mnie wizja powrotu do roli profesorki na uniwersytecie. Nie przeszkadzają mi sztywne, nudne zasady college’ów, bo zawsze lubiłam ten staroświecki, akademicki szacunek dla logiki myślenia i czystej wiedzy" - mówi absolwentka sinologii i studiów wschodnich na uniwersytecie Harvarda, która zaraz po studiach przeprowadziła badania nad konfliktami rasowymi w Chinach. A dziś aktywnie angażuje się w działalność Amnesty International, akcję ratowania Darfuru i pomoc kobietom porywanym i zmuszanym do prostytucji lub pracy na czarno. Bez chwili wahania wystąpiła w paradokumentalnym serialu "Human Trafficking" (2005), traktującym o przemycie ludzi i handlu kobietami. - Nie zdawałam sobie sprawy ze skali tego procederu, w USA niewiele się o tym mówi - opowiadała, gdy zagrała agentkę departamentu celnego i urzędu imigracyjnego, z pochodzenia Rosjankę, Kate Morozov (za tę rolę była po raz kolejny nominowana do Złotego Globu).

I tylko czasami przyznaje, że pewna jej część desperacko pragnie być dziewczyną z plakatu wiszącego w garażach całej Ameryki: "Czasami wszystko, czego chcę, to paradować przez całe życie w puchatym, różowym bikini!" - żartuje i z dumą cytuje opinię Marlona Brando na swój temat: "Są aktorzy, którzy zatracają się w roli, pragnąc uciec od tego, kim są w rzeczywistości. Ty jesteś aktorką, bo nie mogąc stać się kimś innym w realnym życiu, stajesz się wieloma ludźmi, grając w filmie". Bo przecież właśnie dlatego Mira Sorvino wybrała ten zawód: by móc przeżyć życie innych ludzi tak, jakby było jej własnym.