Bohaterka, którą grasz u Tarantino, z początku jest grzeczną dziewczynką, ale w końcu pokazuje pazur...

Reklama

To postać typowa dla horroru, a "Death Proof" w pewnym stopniu nim jest. Musi więc wystąpić bohater lub bohaterka, która sprowadza kłopoty i dla kontrastu nudziara, reprezentująca głos rozsądku. A kiedy zaczynają się kłopoty, właśnie nudziara wykazuje się zaskakującą determinacją. Moja bohaterka jest bardzo miłą dziewczyną, ale w pewnym momencie decyduje się na ostateczną rozprawę z kaskaderem Mike’iem, bo wierzy, że bez niego świat będzie bezpieczniejszy.

Jesteś taka jak ona?

Czasem po prostu trzeba walczyć. Cała moja rodzina jest zaangażowana w działalność na rzecz mniejszości latynoskiej w USA. Uważamy, że rządowa pomoc dla Latynosów i ich wpływ na politykę wciąż jest zbyt słaby. Sama działam w organizacji zajmującej się przypadkami przemocy wobec kobiet. Jak widać - walkę mam we krwi. Taka aktywność może wydawać się sprzeczna z moim ekranowym wizerunkiem, ale akurat "Death Proof" pozytywnie promuje kobiecą siłę i moja waleczność bardzo do niego pasuje. Taki typ postaci jest zazwyczaj zarezerwowany dla mężczyzn, to oni uwodzą widzów z ekranu łobuzerskim urokiem. Kiedyś, gdy oglądałam "Podziemny krąg", marzyłam, by być jak Brad Pitt, a teraz chcę być jak Zoe Bell (odtwórczyni jednej z głównych ról) w "Death Proof". Dla mnie jej postać jest idealnym żeńskim odpowiednikiem Tylera (bohater grany przez Pitta w "Podziemnym kręgu").

Uważasz, że kobietom jest trudniej w branży filmowej?

Na pewno trudniej jest im się przebić. Dotyczy to zwłaszcza tych, które chcą reżyserować, czym do tej pory przeważnie zajmowali się mężczyźni. Znam wiele bardzo utalentowanych kobiet, które wciąż czekają na swoją szansę. Tylko nieliczne ją dostają. Myślę, że przemysł filmowy powinien otworzyć się na nie. Przez 100 lat historii kina kręcono głównie filmy o męskich sprawach i z męskimi bohaterami. Naprawdę wciąż niewiele jest takich opowieści, jak "Death Proof", w których to kobiety grają pierwsze skrzypce, w dodatku ważna jest tu ich wzajemna solidarność. Czy to nie paradoks, że właśnie mężczyzna nakręcił taki film? Tylko Quentin ma na tyle mocną pozycję w Hollywood, by przeforsować tego typu pomysł i odnieść sukces. No i ma odpowiedni typ wyobraźni: niebanalne postaci kobiece są jego znakiem rozpoznawczym.

W pewnym sensie "Death Proof" to dość męskie kino, na przykład jest w nim wiele przemocy. Nie odstręcza cię to?

Przemoc jest częścią życia. Dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn i nie można na nią zamykać oczu. Właśnie wyprodukowałam swój pierwszy film zatytułowany "Descent", tematem jest przemoc seksualna i zemsta. Gram w nim kobietę, która została w młodości brutalnie zgwałcona, ale nie zgłasza tego na policji, bo się boi i jest zdezorientowana. Po latach pod wpływem różnych okoliczności postanawia stanąć oko w oko z dawnymi prześladowcami i wyrównać rachunki. Pracując nad tym filmem starałam się zrozumieć, co się dzieje z człowiekiem, który zostanie mocno zraniony. Przemoc głęboko odmienia.

Jak pracowało ci się z Tarantino? Odpowiada ci jego podejście do aktora?

Dzięki Quentinowi kręcenie filmu zamienia się w dobrą zabawę. Ale jest reżyserem bardzo dociekliwym i stara się dotrzeć do istoty rzeczy. Robiliśmy mnóstwo prób niemal każdej sceny, dużo dyskutowaliśmy o rolach. To niesamowite, jak Quentin dba o wiarygodność psychologiczną każdej, nawet marginalnej postaci. Ma naszkicowanych wiele historii, które mogą si przydać aktorowi do stworzenia odpowiedniego charakteru. Widz tych historii oczywiście nie zna, widzi tylko wycinek wydarzeń, ale w wyobraźni Quentina ten świat jest kompletny. Chyba dlatego udaje mu się pisać te absolutnie powalające dialogi. Jego postaci są żywe, prawdziwe i nic co mówią nie brzmi sztucznie czy głupio.

Miałaś okazję pracować także z drugim reżyserem "Grindhouse" Robertem Rodriguezem przy "Sin City".

Było to specyficzne doświadczenie, bo film był wiernym przeniesieniem komiksu Franka Millera. Wszystkie sceny były szczegółowo rozrysowane na storyboardach i trzeba było grać z określoną ekspresją, by odtworzyć komiksowy oryginał. Pod pewnymi względami było to łatwiejsze niż kreacja w filmie fabularnym, bo nie wymagało głębszego wchodzenia w postać. Ale za to musieliśmy być mocno zdyscyplinowani, by wiernie odtwarzać sekwencje.

Sporo czasu upłynęło od nakręcenia kontrowersyjnych "Dzieciaków" Larry’ego Clarka, w którym zagrałaś pierwszą w życiu rolę. Jak oceniasz swój debiut z perspektywy czasu?

To było wieki temu! Zabawne, ale nigdy nie marzyłam, że zostanę aktorką. Chciałam wówczas studiować biologię morską. Rodzice pragnęli, żebym dostała się do college’u i osiągnęła coś w życiu. I wtedy przypadkiem spotkałam Larry’ego. "Dzieciaki" odmieniły moje życie. Miałam wiele szczęścia, że przydarzył mi się udział w filmie o takiej sile oddziaływania, pokazującym prawdziwe, szokujące problemy. Nie oglądałam go od czasu, gdy Justin Pierce (jeden z członków obsady) popełnił samobójstwo kilka lat temu. W zeszłym roku zmarł Harold Hunter, z którym się przyjaźniłam wtedy. Dlatego niełatwo mi wracać myślami do czasów, gdy wspólnie pracowaliśmy nad "Dzieciakami".