Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan o morderstwie Elizabeth Short? Bo chyba nie dowiedział się pan o nim z książki Ellroya…

Brian De Palma: Przeczytałem mnóstwo książek o Czarnej Dalii. Los Angeles żyje tą historią od 1947 roku. To wtedy miało miejsce brutalne morderstwo młodej kelnerki, która bardzo chciała zostać aktorką. Historię po raz pierwszy usłyszałem będąc dzieckiem, ale dopiero jako nastolatek, chyba pod koniec lat 50., zrozumiałem z niej cokolwiek. Od pierwszej chwili najbardziej podziałały na moją wyobraźnię zdjęcia Elizabeth Short, które publikowały wtedy gazety. Zawsze szukam najpierw obrazów, by rozbudzić wyobraźnię. Dużo się włóczę po różnych miejscach i nagle - paf! - widzę jakiś zakamarek, choćby schody przeciwpożarowe albo ciemny korytarz. I od razu mam przed oczami scenę filmu, którą mógłbym w takim miejscu nakręcić. Tak to działa od ponad 40 lat.

Trudno przenieść na ekran literaturę?

Najtrudniej kiedy książka jest dobra i się podoba. Bo z jednej strony nie chce się tego zepsuć, a z drugiej łatwo wpaść w pułapkę czystego odwzorowania - niewolniczego trzymania się oryginału. W przypadku "Czarnej Dalii" starałem się być bardzo skrupulatny, żeby nie uronić nawet kropli z esencji prozy Jamesa Ellroya. Chciałem, na ile to tylko możliwe, zachować jej strukturę i unikalny sposób przedstawiania bohaterów. Tym bardziej, że to wyjątkowo "gęsta" książka. Pociągają mnie mroczne historie. Nie wiem, dlaczego ciągle muszę się tłumaczyć, dlaczego bardziej podobają mi się filmy smutne niż wesołe. Uwielbiam tragedie, ale też przepych, np. włoskiej opery. Oraz oczywiście piękne kobiety. Opowiadana historia wiele traci, gdy nie ma w niej jakiejś femme fatale.

Konsultował się pan z Jamesem Ellroyem w czasie prac nad ekranizacją?

Dobry żart! Postawę Jamesa wobec prac nad filmem można w skrócie określić jednym zdaniem: "Ja wziąłem kasę za prawa do ekranizacji. Resztą martw się sam". Co miałem zrobić? Martwiłem się sam.

Dlaczego, po długich poszukiwaniach odpowiedniej lokalizacji planu zdjęciowego wybrał pan Bułgarię?

Ja nie wybrałem Bułgarii, to budżet ją wybrał! Gdy kręcę film, najgorsze jest zawsze to, że lubię wieloosobowe sceny, a to jest drogie. Muszę wtedy oszczędzać na czymś innym. Zresztą to właśnie ze względu na finanse projekt kilka razy stawał pod znakiem zapytania. Na szczęście aktorzy, choćby Hilary Swank, zgodzili się grać prawie za bezcen. Od razu chciałem też zaangażować Scarlett Johansson. Po raz pierwszy spotkałem ją na przyjęciu po premierze "Zaklinacza koni". Miała wtedy 14 lat. Była z mamą, dosiadłem się do ich stolika i przegadaliśmy ze trzy godziny. Miałem szczęście, od razu się zgodziła wystąpić w "Czarnej Dalii". To jedyna gwiazda, której w niespotykany niemal sposób udało się przejść niebezpieczną granicę między byciem aktorką dziecięcą i rozpoczęciem wspaniałej kariery w hollywoodzkiej czołówce. Gdy tak szybko zaczyna się pracę w tym biznesie, za wcześnie się widzi zbyt dużo ciemnych stron życia. Niektórzy nie wytrzymują tego psychicznie.

Widzom czasem trudno psychicznie wytrzymać to, że w pana filmach ludzie pozbawiani są życia przy użyciu wymyślnych sprzętów, na przykład piły łańcuchowej w "Człowieku z blizną" albo świdra w "Świadku mimo woli".

Wszystkie stereotypy dotyczące zbijania wychodzą mi uszami, więc za każdym razem staram się wymyślić coś nowego. I do czego to prowadzi (śmiech). Poza tym telewizja i gry komputerowe robią filmom naprawdę niezłą konkurencję w tej dziedzinie. Trzeba się starać. Dziennikarze często pytają mnie czy mi się nie nudzi tak ciągle robić filmy, w których dzieje się coś strasznego. Co mam odpowiedzieć? Przecież ja kompletnie nie umiem robić nic innego. A że wolę smutne filmy od wesołych? Tak już mam.