O swoim najnowszym filmie, włoskich przodkach i o tym, dlaczego wystawiana w Teatrze Narodowym w Kijowie sztuka francuskiego autora trafiła idealnie w swój czas, Krzysztof Zanussi opowiada w rozmowie z "Dziennikiem".

W piątek w Rzymie premiera pana najnowszego włosko-francuskiego filmu "Czarne słońce". W Polsce wiemy o nim niewiele – akcja rozgrywa się na Sycylii i jest to opowieść o miłości, nienawiści i zbrodni. Niektórym momentalnie zapachniało mafią…

Z uporem pisano, że robię film o mafii, no bo skoro Sycylia i zbrodnia… Ale nic z tych rzeczy. Film powstał w oparciu o sztukę "Il Sore Nero" Rocco Familiariego, z którym pracowałem wcześniej kilkakrotnie. Napisał ją, sięgając do prawdziwych wydarzeń w Katanii sprzed 20 lat. Jest to - w wielkim skrócie - historia pary młodych, pięknych, kochających się ludzi. Ich miłość staje się przedmiotem cierpienia chorego człowieka, który opętany nienawiścią do ludzi bierze pistolet i strzela. Nie mając żadnego motywu, zabija mężczyznę, który według niego symbolizuje niezasłużone szczęście. Brzmi dość nieprawdopodobnie, ale tak właśnie było. Kto zna Sycylijczyków pewnie się specjalnienie nie zdziwi… W sztuce Familiariego najbardziej ujęło mnie zdanie, które jest jednocześnie kluczem do jej odczytania: "Dopóki jest nadzieja, wciąż jest szansa na przebaczenie". Dotyczy to głównej bohaterki, która, gdy tę nadzieję traci, wraz z nią traci też zdolność przebaczenia - pozostaje jej jedynie pragnienie zemsty. Traktuje ją jako akt niemal metafizyczny: wymierzając sprawiedliwość, pragnie przywrócić zachwiany porządek świata. W średniowieczu ludzie, którzy uczynili coś złego, dokonywali potem aktu samoukarania, uznając za oczywiste, że wina zasługuje na karę. Jeśli widz dojrzy symbolikę tej opowieści, będę bardzo szczęśliwy.

Pozostajemy więc w kręgu tego, co zawsze było panu najbliższe w kinie: moralny dylemat ubrany w formułę przypowieści.

W moim wieku z pewnością już widzów nie zaszokuję, ale to jednak film nieco inny od tych, które dotąd zrobiłem. Bardzo romantyczny, ale i bardzo smutny. W finale jednak pojawia się ten promyk nadziei. Nadziei… bo ja wiem, na co? Chyba na wieczność, bo na co więcej możemy liczyć?

W głównej roli obsadził pan Valerię Golino znaną także u nas m.in. z oscarowego filmu "Rain Man". Valeria słynie z fascynacji wschodnioeuropejskim kinem.

To prawda. Choć Valeria nakręciła mnóstwo filmów w Hollywood i zdążyła tam zaistnieć, równie intensywnie pracuje w Europie. Jest niezwykle zdolna, a przy tym mówi biegle kilkoma językami, co ułatwia jej udział w międzynarodowych koprodukcjach.

Czy coś wiemy o polskiej premierze filmu? Ma już dystrybutora?

Filmem zainteresował się Roman Gutek, ale na razie, póki rzecz nie jest sfinalizowana, za wcześnie mówić o polskiej premierze. Oczywiście chciałbym, by film trafił na polskie ekrany. Na razie mamy włoską premierę, potem pojawi się w kinach francuskich. Wiem, że kupili go też Rosjanie.


Czy znajdziemy w filmie jakieś polskie akcenty? Pojawiały się informacje, że to obraz włosko-francusko-polski.

To błędny trop. Film nakręcony jest w języku włoskim i naprawdę nie było powodu sięgać po polskich aktorów. Ale jak zwykle pracował przy filmie wspaniały kompozytor, z współpracy z którym nigdy nie zrezygnuję. Wojciech Kilar skomponował przepiękną muzykę do filmu, a w "Czarnym słońcu" muzyka jest ważna. Dumny też jestem ze współpracy z niezwykłym operatorem Ennio Guanierim, już mocno starszym panem, który pracował m.in. nad "Medeą" Pasoliniego, "Ginger i Fred" Felliniego i "Otellem" Zeffirellego. Jest żywą legendą włoskiej kinematografii.

Włosi są fanami pańskiej twórczości. Dwukrotnie wygrał pan festiwal filmowy w Wenecji, ponadto otrzymał mnóstwo prestiżowych nagród, niedawno - Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Republiki Włoskiej.

To prawda, Włosi przy tym wyjątkowo lubią nagradzać - poszczególne miasta, instytucje uwielbiają takie święta… To oczywiście raduje, ale Włochy są mi bliskie przede wszystkim dlatego, że to kraj moich przodków, którzy do Polski przenieśli się dopiero w połowie XIX w., budując koleje żelazne. Zresztą, nadal mam tam dalekich kuzynów, z którymi udaje mi się spotykać co jakiś czas i zawsze wówczas jestem wzruszony, że związki rodzinne mogą wytrwać tyle pokoleń. We Włoszech czuję się rzeczywiście swojsko, także dlatego, że swobodnie posługuję się tym językiem.

Koprodukcja filmowa to wielkie przedsiewzięcie, ale i tak nie pochłonęła pana bez reszty. Dziś inna pańska premiera, tym razem teatralna na deskach Teatru Narodowego w Kijowie.

To niezwykłe, że te wydarzenia odbywają się niemal równocześnie. Jakiś czas temu kijowski Teatr Narodowy zaproponował mi wyreżyserowanie sztuki francuskiego dramaturga Erica-Emmanuela Schmitta "Małe zbrodnie małżeńskie". Wystawiałem ją już w Niemczech, ale wydaje mi się, że ona w tej chwili dla publiczności naprawdę coś znaczy. W Polsce dla Teatru Telewizji reżyserowała ją Krystyna Janda, w Teatrze Ateneum gra w niej Magdalena Zawadzka. To opowieść o niezdolności do życia razem, o takim pojmowaniu wolności, które wydaje się dziś być normą, a które ostatecznie prowadzi do tego, że dwoje ludzi nie potrafi się z sobą dogadać. Ono podpowiada nam bowiem, że nie należy się dla nikogo poświęcać, bo to nas ogranicza. To przecież kompletna bzdura. Ludzie nie mogą żyć razem, niczego dla siebie nawzajem nie poświęcając, to podstawa każdego związku. Myślę, że ta sztuka to rodzaj ostrzeżenia przed tą formą samotności i egoizmu, jakie opanowały nasz świat. By było jeszcze ciekawiej, reżyseruję ją w języku ukraińskim. Mam poczucie, iż publiczność w Kijowie to właściwi odbiorcy tej sztuki. Podobnie jak u nas wyrasta tam nowa, młoda klasa średnia, która czuje się zagubiona. Widziałem na próbach generalnych, jak ludzie przychodzą, przysłuchują się i to ich porusza, co mnie ogromnie cieszy, bo jednak to innego rodzaju przekaz niż ten najpowszechniej dostępny.

Jest Pan już zaangażowany w kolejne projekty. Największy to ten o królowej Jadwidze?

Tak, ale nie sądzę, by był pierwszym, nad jakim zacznę prace. Mam nadzieję, że wcześniej uda mi się zrealizować moją wersję pomysłu Andrzeja Mularczyka "Solista:" To wyjątkowo interesujący projekt. Napisałem też scenariusz dla Teatru Telewizji, ale utknął gdzieś, bo ponoć ktoś stwierdził, że jest niedostatecznie… katolicki.

Projekt reżysera "Brata naszego Boga” i filmu o Maksymilianie Kolbem zbyt mało katolicki? Może to dowcip?

Sam się ubawiłem tą plotką i liczę, że zostanie ona zdementowana. Dotarła do mnie z kuluarów, ale pewnie nie do końca jest wyssana z palca. A jeśli mowa o projekcie, któremu poświęciłem już do tej pory dziewięć lat pracy, czyli o "Królowej Jadwidze", to może upłynąć jeszcze nieco czasu, nim trafi on do realizacji. Wielkiego wysiłku wymagało ode mnie przebrnięcie przez kolejne etapy przygotowań. To, co już udało się załatwić, to duży wkład finansowy PISF-u, jako że będzie to ogromna, międzynarodowa koproducja, na pewno z udziałem Węgrów i Austrii, może także Francji. Chciałbym się skupić na indywidualnej historii Jadwigi, na wątku jej niespełnionenego związku z Wilhelmem Habsburgiem i na późniejszym małżeństwie z Jagiełłą. Na początku pisałem projekt z myślą o Francuzach i odkryłem, jak ogromnym problemem dla filmowego rynku jest jej świętość. Przemycić ten temat tak, by był on do przyjęcia dla widza wychowanego na kulturze masowej, to niełatwe zadanie i męczę się z tym. Ale mam nadzieję, że znalazłem formułę, która pozwoli mi dotrzeć do publiczności.

Tak daleko w przeszłość nie cofnął się Pan dotąd jeszcze w żadnym ze swoich filmów.

To prawda i dlatego tak mnie to kusi! Poza tym bardzo lubię ten okres historii, uważam, że on ukształtował nasze myślenie i do dziś je zresztą kształtuje. Wtedy już formowała się Europa, zaś królowa Jadwiga, dziewczyna, która przyniosła ludziom nadzieję i pokój, była postacią ze wszech miar niezwykłą. Czyż jej małżenstwo z Jagiełłą nie było taką prefiguracją dzisiejszej zjednoczonej Europy? Takim pierwszym sygnałem, który potem przekształcił się w ideę współżycia różnych narodów o odmiennych kulturach i językach.