CEZARY POLAK: Przedwojenne filmy polskie gromadziły gigantyczną widownię, ekranowe piosenki śpiewano i tańczono na dancingach w całym kraju, aktorzy otoczeni byli powszechnym uwielbieniem. Skąd wzięła się ta niewiarygodna z dzisiejszej perspektywy popularność tamtej kinematografii?
KRZYSZTOF ZANUSSI: Ogromna popularność polskiego kina w międzywojniu spowodowana była radością z odzyskanego języka. W tamtych czasach nie byliśmy chyba tego świadomi, że to było jednak kino narodowe - przez nasz język, aktorów i historię, o której opowiadały. Było elementem scalającym Polskę porozbiorową. To autentyczny i niepodważalny wkład kinematografii tego okresu w kulturę polską. Dało nam też zręby, bez których nie mielibyśmy kinematografii powojennej.

Wielu reżyserów czynnych w II RP kręciło filmy także po wojnie.
Oczywiście, ale trzeba zaznaczyć, że głównie byli to ludzie ze stowarzyszenia START - m.in. Aleksander Ford, Wanda Jakubowska, Jerzy Bossak, Władysław Forbert, Stanisław Wohl i Antonim Bohdziewicz - czyli grupy, która była w opozycji do wielkich wytwórni. Z bardziej komercyjnego nurtu przetrwał Leonard Buczkowski.

Ogromną rolę w tworzeniu przedwojennej kinematografii polskiej odgrywali twórcy pochodzenia żydowskiego. W komedii "Każdemu wolno kochać" Mieczysława Krawicza i Janusza Warneckiego, która ukaże się w serii DZIENNIKA, jest sympatyczna aluzja na ten temat. Grany przez Ludwika Lawińskiego dyrektor teatru rewiowego zabawnie kaleczy polszczyznę.
Rzeczywiście żydłaczenie było wtedy przedmiotem wielkiej zabawy. Szmonces bardzo śmieszył, zresztą tak jak wszystkie dialekty ówczesnej polszczyzny.

Niebagatelny udział producentów pochodzenia żydowskiego nie wyróżniał polskiej kinematografii. Tak samo było w Niemczech, które były pierwszym wielkim krajem przemysłu filmowego, a potem w Hollywood, do którego żydowscy twórcy uciekli z III Rzeszy.

Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z przedwojennym filmem?
W czasie okupacji nie miałem na to szans. Byłem dzieckiem, a poza tym wtedy do kina się nie chodziło. Mój pierwszy kontakt z kinem międzywojennym miał miejsce w szkole filmowej oraz na pokazach w klubach dyskusyjnych. Potem z okazji świąt pokazywała je telewizja, żeby zatrzymać starsze pokolenie i zniechęcić do chodzenia na uroczystości religijne. To był taki śmieszny wyłom - promowano jedną niepoprawność ideologiczną, żeby zagłuszyć drugą. Uważano te filmy za niesłuszne, ale uznano, że można je wykorzystać.

Mimo że melodramat, w którym specjalizowała się międzywojenna kinematografia, był gatunkiem ideowo obcym?
Tak, tamtych filmów nie pokazywano, żeby gloryfikować przedwojenną Polskę; nie chciano, żeby była pamiętana jako kraj tryskający życiem i rozbawiony.

W czasach PRL przedwojenne kino pełniło chyba rolę łącznika z przeszłością. Oglądano te filmy, żeby zobaczyć świat, którego już nie ma - arystokrację, mieszczańską Warszawę.
Więcej o tamtych czasach mówił dokument. Dla mnie osobiście ważna była "Celuloza" Jerzego Kawalerowicza, film powojenny, który mimo socrealistycznych serwitutów był wnikliwym świadectwem poprzedniej epoki. W międzywojniu filmy kręcono głównie w studio, ale czasami realizatorzy wychodzili w plener i zatrzymywali w kadrze także fragmenty przedwojennej, niezburzonej Warszawy. Te filmy miały coś z ducha tamtego czasu.

Który przedwojenny film darzy pan szczególnym sentymentem ?
Najmocniej pamiętam "Młody las" Józefa Lejtesa, film o szkolnym strajku w czasach caratu. Zrobił na mnie wielkie wrażenie być może ze względu na tematykę - oglądając go, byłem uczniem albo studentem.

A jeśli chodzi o aktorów ?
Jadwiga Smosarska - polska Greta Garbo, aktorka posługująca się bardzo nowoczesnymi środkami wyrazu. Mieczysława Ćwiklińska, którą miałem okazję oglądać w teatrze. Przed wojną królowała na ekranie, miał swój styl, poczucie humoru. I Elżbieta Barszczewska, bardzo długo aktywna na scenie.

Jak pan z perspektywy lat ocenia dorobek przedwojennej kinematografii ?
Oglądając niedawno "Kanał" Wajdy uświadomiłem sobie, że jeszcze w latach 50. polscy aktorzy w filmie wypowiadali dźwięczne, tylnojęzykowe "ł", dlatego że to była zasada wymowy scenicznej i kresowej. Wszystkie filmy przedwojenne brzmiały, jakby były obsadzone wyłącznie aktorami pochodzącymi z Kresów. Dziś ta fonetyka już zanikła. Ciągłość kina odkrywa się po latach. Wie pan, w młodości dyskutowaliśmy o tych filmach z paternalistycznym dystansem - traktowaliśmy je jak przedwojenny folklor. Odczuwaliśmy dumę z tego, że kino przedwojenne jest już zamkniętym rozdziałem. Było ogromne poczucie, że to, co robimy, jest czymś innym, że my uprawiamy sztukę, a tamto kino było jarmarkiem. Dziś, na fali populistycznych filmów, komedii romantycznych, a może nawet już od czasu, kiedy kino Stanisława Barei zaczęło budować pomost z masową publicznością, odzyskaliśmy poczucie, że jest pewna ciągłość i że bez tamtego popularnego kina nie byłoby nas, szkoły polskiej, która przecież sięgała wyżej - miała więcej afiliacji z wielkim teatrem czy literaturą.