Gdyby taki film nakręcony został nad Wisłą, jego reżysera odsądzono by od czci i wiary. Gdy polski reżyser bierze na warsztat temat okupacji, bohatera obowiązuje postawa heroiczna, nieważne, że najczęściej skazana na przegraną. U Menzla mamy zaś wszelkie cechy obce polskiemu kinu, ale charakterystyczne dla czeskich produkcji: antybohaterstwo, brak patosu, dystans do narodowych słabości i przywar oraz sporą dawkę autoironii.

Menzel funduje widzom kolejną opowieść z cyklu "nieznośna lekkość bytu", a jego bohater - niestworzony do wielkich czynów - ośmiela się w czasach pogardy cieszyć życiem, zakochać w fanatycznej nazistce i dorobić na rodakach gnębionych podczas okupacji. Bezczelny reżyser zaś robi wszystko, byśmy tegoż bohatera lubili. Centralną postacią filmu Menzla jest Jan Dite (Dziecię), który po kilkunastu latach odsiadki wspomina swoje życie. Koleje jego losu po trosze przypominają historię Piszczyka, choć Munk posunął się w "Eroice" jedynie do tego, że kazał mu za wszelką cenę chcieć przeżyć. Hrabal zaś, a za nim Menzel, pozwolił egoistycznemu bohaterowi na znacznie więcej - na spełnienie marzeń o bogactwie. I to w czasach, gdy bogacenie się było ostatnią rzeczą, jaka porządnemu człowiekowi powinna chodzić po głowie. Skromny kelner z zapyziałego miasteczka marzący o własnym hoteliku i górze forsy, wspina się po szczeblach kariery, by wylądować wreszcie w eleganckim hotelu w Pradze. Jakby tego było mało, idąc za głosem serca i mając w nosie bohaterstwo i narodową dumę, żeni się z Niemką zakochaną w Hitlerze.

Menzel nie ukrywa, że losy Jana stanowią metaforę dziejów Czech, nie zaprzecza też, gdy pada pytanie, czy Jan czasami nie jest po trosze przerysowanym wizerunkiem jego samego. Polakom zaś tłumaczy w licznych wywiadach: "Bardzo różnicie się od Czechów. Zawsze o coś się bijecie, spiskujecie, wszczynacie rewolucje, my zaś po prostu smakujemy życie".

Jak każda adaptacja Hrabala, na które porwał się Menzel, i ta ma rytm gawędy. Choć reżyser, wbrew powieściowej chronologii, pomieszał przeszłość z teraźniejszością, w niczym nie traci na tym konstrukcja całości. Po raz szósty już Menzel oczarował nas magią prozy najsłynniejszego pisarza znad Wełtawy. I choć film nie jest dziełem na miarę nagrodzonych Oscarem "Pociągów pod specjalnym nadzorem" (do tej klasy scenariusza trzeba było jednak pióra Hrabala), to znowu kawał świetnej reżyserskiej roboty z bohaterem z krwi i kości, wiarygodnym przy swej moralnej ułomności, ze świetną kreacją aktorską Iwana Barneva, rodowitego Bułgara w roli stuprocentowego Czecha.

Ale "Obsługiwałem angielskiego króla" to oprócz uczty dla ducha, także coś dla oczu. Jedzenie i morze alkoholu to - obok roznegliżowanych dziewcząt - kolejni bohaterowie filmu. Bynajmniej nie drugoplanowi. A wszystko to podają w niezwykłych knajpach, gdzie ludzie po prostu się lubią. Z knajp już tylko krok do domów cielesnych uciech, których widoku nie szczędzi nam Menzel - w zabawnych, ale i zmysłowych scenach z burdelu nie ma jednak nic zdrożnego czy niesmacznego. Przeciwnie, reżyser w subtelny sposób pokazuje ludzkie namiętności, rezygnując z prostackiej dosłowności. Nagie kobiety pokryte są kwiatami, a nawet... przysmakami ze stołu. Zapach wykwintnych potraw zdaje się mieszać z zapachem młodego ciała. I pomyśleć, że wszystko to wzięło się z obserwacji zwyczajnego człowieka, w jakiej celował Hrabal, godzinami przyglądając się znad kufla piwa kawiarnianym gościom i słuchając ich zwierzeń.

Menzel nie ukrywał nigdy, że w nosie ma politykę i że znacznie bardziej interesują go filmy Chaplina. Nad dążenie do doskonałości przedkładał zawsze pogoń za szczęściem, co nie znaczy wcale, że nie mierzył się w swoich filmach z powagą okrutnej historii. Gdyby był aż takim synem marnotrawnym, za jakiego się uważa, wybrałby zaraz po Oscarze Zachód i produkcje hollywoodzkie, do jakich Amerykanie namawiali go bezskutecznie. Mówi jednak, że za bardzo kocha Czechy i bez nich nie byłoby jego kina. Bądźmy w końcu szczerzy - bez Hrabala i Menzla, adaptatora jego prozy, historia czeskiej kinematografii potoczyłaby się zapewne inaczej.

Jak widać, wbrew powszechnemu określeniu terminu "czeskie kino" jako sytuacji, w której nie bardzo wiadomo, o co chodzi, w filmach naszych południowych sąsiadów wiadomo doskonale. Czesi kochają swoich bohaterów, razem z ich wadami i przejawami słabości. Zamiast potępiać niechlubne występki, wolą wybaczyć, a winowajców rozgrzeszyć. Kino zaś, tak samo jak życie, dostarcza im całkiem zwyczajnej radości, jaką jak mało kto potrafią się cieszyć.