40-letni Oskar, prezenter pogody w czeskiej telewizji (świetny, rozbrajający Jiří Macháček), odkrywa pewnego dnia, że jego żona jest posiadaczką... monstrualnego nosa. W wyniku tego odkrycia małżeństwo staje w obliczu poważnego kryzysu, a sam Oskar rozpoczyna serię miłosnych przygód na boku, najpierw wdając się w ognisty romans z opiekunką swojego dziecka, potem zaś – gdy okaże się, że opiekunka, mimo posiadania biustu wielkiej urody jest osóbką raczej zołzowatą – zawierając osobliwą erotyczno-macierzyńską znajomość z dużo starszą od siebie gwiazdą czechosłowackiej piosenki. Kryzys wieku średniego i rozpaczliwe próby jego zażegnania uruchamiają w życiu Oskara pasmo spektakularnych katastrof – tymczasem jego żona, wystawiwszy mu walizki za drzwi, radzi sobie całkiem nieźle, poznając wreszcie człowieka, z którym potrafi się po ludzku dogadać...

Ten, kto spodziewałby się jednak w filmie „Do Czech razy sztuka” (skądinąd tytuł kretyński – film w oryginale nazywa się „Bezwstyd”) umoralniającego schematu, w którym grzesznik ponosi karę, skrzywdzony znajduje szczęście, a serca mimo przeszkód torują drogę ku sobie, może się mocno zawieść. To czeskie kino, w którym jak ognia unika się łatwych i zdecydowanych wyroków, a w cenie jest przede wszystkim wyrozumiałość.

I dlatego, chociaż Oskar jest niewątpliwie bezceremonialnym łajdakiem pozbawionym wstydu, budzi niespodziewaną sympatię w swoim udawanym cyznizmie, w zagubieniu i desperacji. A kiedy odkrywamy, który z bohaterów okazuje się największym hipokrytą, wprawdzie nas to nie dziwi, ale też nie budzi potępienia. Gdybym miał szukać jakiegoś określenia gatunkowego dla tego filmu, najlepiej pasowałby mi termin „komedia antyromantyczna”.

„Do Czech razy sztuka” było u naszych południowych sąsiadów wydarzeniem – mniej artystycznym, a bardziej towarzyskim: oto bowiem na planie filmowym spotkały się po raz pierwszy dwie gwiazdy tamtejszej kultury: reżyser Jan Hřebejk i pisarz Michal Viewegh. Nie mamy u nas, nawiasem mówiąc, żadnego twórcy, który byłby porównywalny z tą dwójką – ani filmowca, który co roku dostarczałby widzom dobrego kina popularnego, ani prozaika, który z podobną regularnością produkowałby bestsellery, będące jednocześnie niegłupią, śmieszną i z sensem napisaną literaturą obyczajową.

Ale „Do Czech razy sztuka”, adaptacja powieści Viewegha „Opowiadania o małżeństwie i seksie”, nie aspiruje do rangi arcydzieła. To rzecz rozrywkowa, choć, jak na kino do śmiechu, budząca sporo gorzkich refleksji. Takich choćby, że ostatni zryw 40-latka, nim na dobre zalegnie w kapciach przed telewizorem, to jednak zwykle groteskowa i żałosna próba przywołania uniesień, których powtórzyć się już nie da. Ale też – że partnerstwo na siłę zdecydowanie nie jest warte mszy, a w relacjach damsko-męskich sentymentalne emocje wypalają się szybciej niż siarka z zapałki.

Kiedy myślę o tym filmie, przypomina mi się „Modlitwa”, jedna z najsłynniejszych piosenek Bułata Okudżawy. „Dopóki nam Ziemia kręci się, / dopóki jest tak czy siak, / Panie, ofiaruj każdemu z nas, / czego mu w życiu brak: / mędrca obdaruj głową, / tchórzowi dać konia chciej, / sypnij grosza szczęściarzom... / i mnie w opiece swej miej” (przekład Andrzeja Mandaliana). Dzieło Viewegha i Hřebejka ma w sobie podobną myśl – dość umiejętnie zresztą wcieloną w czyn na ekranie. To chyba zresztą najlepsza z ekranizacji prozy czeskiego pisarza, z tych, które mieliśmy okazję oglądać. Ale wciąż nie dotarła do nas adaptacja jego debiutanckiej powieści „Cudowne lata pod psem”, choć od premiery filmu Petra Nikolaeva mija w tym roku już 13 lat.

Do Czech razy sztuka (Nestyda)

Czechy 2008; reż. Jan Hřebejk, obsada: Jiří Macháček, Emília Vášáryová, Simona Babčáková; czas trwania: 88 min.; dystr. TiM Film Studio

Ocena: 4.