"Na pełny etat"

Reklama

Jest taka nowa reklama: nauczyciel nie może zapanować nad klasą, potem rozdziela kłócących się uczniów, próbuje zagadać do rozdygotanej koleżanki na korytarzu, rozmawia z rodzicami online, wreszcie wyraźnie zmęczony zasypia w wieczornym autobusie, w domu tylko mija się w drzwiach z żoną wychodzącą gdzieś, potem siada w salonie z dziećmi, jednak wciąż pracuje na laptopie. "Jaka świetna i potrzebna kampania społeczna", pomyślałem w tym momencie, by po chwili się przekonać, że to jedynie spot wizerunkowy telefonii komórkowej. Skądinąd bardzo udany i wpisujący się w ten sam problem, co film Erika Gravela.

Julie Roy (brawurowa, nagrodzona w Wenecji rola Laure Calamy) też żyje w ciągłym biegu, ma stresującą pracę, męczące dojazdy, a po powrocie jest zwykle zbyt wyczerpana, by poświęcać uwagę dzieciom. Na domiar złego Julie nie ma nawet tego komfortu, co bohater spotu, że może podzielić się obowiązkami domowymi z bliską osobą. Jest bowiem rozwiedziona i wychowuje dzieci samotnie, zdając się wyłącznie na łaskę starszej sąsiadki, która niechętnie opiekuje się nimi, kiedy nasza protagonistka kursuje codziennie pociągami spod Paryża do centrum, gdzie zajmuje wymagające stanowisko poniżej swoich kwalifikacji. "Uroki" powrotu na rynek pracy po macierzyństwie.

Do tego wszystkiego dochodzą zaległe spłaty kredytu hipotecznego, były mąż spóźniający się z alimentami, strajk transportowców. Żadna z przeszkód piętrzących się przed bohaterką nie wydaje się wydumana ani przesadzona. Ot, presja życia w kapitalizmie i próba związania końca z końcem, jakich wiele.

Reklama

"Na pełny etat" byłby z pewnością interesujący już jako surowy frankofoński dramat społeczny w stylu braci Dardenne. Ale Gravel podbija stawkę, decydując się na estetykę thrillera - dynamiczne zdjęcia Victora Seguina wprowadzają nastrój nerwowości, a pulsująca elektronicznie ścieżka dźwiękowa Irène Drésel jeszcze go potęguje.

Fantastyczny w swej prostocie okazuje się pomysł, by budować ciągłe napięcie, każąc nam się zastanawiać, czy bohaterka zdąży na pociąg, czy koleżanki z pracy zamienią się dyżurami, czy po zwyczajowym "odezwiemy się do pani" na rozmowie kwalifikacyjnej telefon rzeczywiście zadzwoni, czy dziecko spuszczone z oka na ułamek sekundy spadnie z trampoliny. W dużej mierze są to sytuacje znane z autopsji niemal każdemu, nie wyłączając osób bezdzietnych - choć w najpełniejszym wymiarze film dotyka codzienności samotnych pracujących matek.

Prawdziwe życie w miejsce szpiegowskiej intrygi, miejski zgiełk zamiast strzelanin i wybuchów, zwykła kobieta w roli heroiny, wyścig z czasem polegający na rutynowym dotarciu do pracy. I najgorszy z możliwych złoczyńców - ludzka obojętność. Daje do myślenia.

Gdzie zobaczyć: w kinach