"Zdarzyło się"

Reklama

Głośny film Andrew Dominika o Marilyn Monroe i nagrodzoną Złotym Lwem w Wenecji adaptację autobiograficznej powieści tegorocznej noblistki Annie Ernaux łączy niejedno. Literackie pierwowzory, luźno potraktowane prawdziwe życiorysy, niezwykle intensywne role główne. Ale przede wszystkim w obu przypadkach mamy do czynienia z dojmującym body horrorem, rozdzierająco smutną opowieścią o kobiecym braku kontroli nad własnym ciałem.

Obie bohaterki cierpią z powodu aborcji, choć zasadnicza różnica między nimi polega na tym, że Norma Jeane usuwa ciążę dlatego, że poddaje się bezdusznemu systemowi, zaś Anne z filmu Audrey Diwan przeciwnie - dlatego, że mu się opiera.

Anne pochodzi ze wsi, ale jest bardzo świadomą i ambitną studentką literatury. Stąd też kiedy tylko odkrywa, że jest w ciąży, cały świat wywraca się jej do góry nogami. Nie zamierza rodzić, mimo że w rzekomo liberalnej Francji lat 60. grozi jej za to nie tylko wyrzucenie ze studiów i ostracyzm społeczny, lecz i więzienie. W kraju, w którym jeszcze w 1943 roku Marie-Louise Giraud została zgilotynowana za wykonywanie zabiegów sztucznego poronienia, zalegalizowano aborcję dopiero w roku 1975.

Reklama

Zegar tyka, odmierzając kolejne tygodnie, perspektywa możliwości przerwania ciąży coraz bardziej się oddala, a zdesperowana dziewczyna nie może liczyć na absolutnie nikogo. Ani na chłopaka, z którym wpadła, ani na rodziców, ani na lekarzy, ani nawet na zastraszone przyjaciółki.

W jednej ze scen przychylny Anne profesor, który zdaje się czegoś domyślać, pyta aluzyjnie, czy powodem nagłych problemów wyróżniającej się dotąd studentki w nauce nie jest aby "choroba". "Tak - potwierdza bohaterka - to choroba, która dotyka jedynie kobiety i zamienia je w gospodynie domowe". Następujący potem moment niezręcznej ciszy potęguje wrażenie niesprawiedliwości.

Mimo wszystko determinacja Anne jest niezachwiana. Bezbłędnie obsadzona francusko-rumuńska aktorka Anamaria Vartolomei, często filmowana przez operatora Laurenta Tangy'ego w ciasnych zbliżeniach, potrafi oddać panikę i frustrację swojej postaci za pomocą samych wielkich oczu. Kamera z ręki podąża za bohaterką krok w krok, aż do wstrząsającego finału, który ponoć powodował omdlenia u niektórych męskich widzów.

Ta estetyka szoku jest jednak po coś, a wespół z bardzo mocną rolą i pierwszorzędną realizacją sumuje się na film, który postawiłbym na podium najwybitniejszych dramatów o aborcji, tuż obok "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni" Cristiana Mungiu i "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze" Elizy Hittman. Pytanie tylko, ile jeszcze takich "interwencyjnych" dzieł przed nami, by kobiety nie musiały wciąż na nowo walczyć o fundamentalne prawa?

Gdzie zobaczyć: w kinach