"Silent Twins"

Reklama

Anglojęzyczny debiut Agnieszki Smoczyńskiej powstał w dużej mierze za polskie pieniądze, w polskich plenerach i przy udziale polskiej ekipy, ale jest filmem tak osobnym na tle nadwiślańskiego kina, że doprawdy trudno mieć za złe niektórym zachodnim recenzentom, kiedy piszą o filmie brytyjskim.

"Silent Twins" nie są polskie tematycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Do tego stopnia, że wyróżniają się nawet pośród dokonań naszych twórców wychodzących bez żadnych kompleksów daleko poza rodzime podwórko. Bo owszem, doceniona pod każdą szerokością geograficzną "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego to uniwersalne arcydzieło o miłości niemożliwej, lecz zarazem film arcypolski i polskości poświęcony. Bo zgadza się, głośna "Wielka woda" Jana Holoubka jest znakomitym serialem katastroficznym, realizacyjnie i aktorsko nieodstającym od najlepszych zachodnich produkcji Netflixa, a mimo to gdzieś ten stereotyp polskiej wsi i Lech Dyblik z widłami "muszą" się pojawić.

U Smoczyńskiej żadnych typowo polskich naleciałości nie ma. I zupełnie nie chodzi o rozpatrywanie tego aspektu w kategorii dobrze/źle. Raczej o to, że można inaczej. Że są jeszcze inne melodie poza "mamoniowymi", co wcale nie oznacza negacji tychże. Że są jeszcze inne narracje, estetyki, kręgi kulturowe, których osoba spoza nie musi się bać.

Reklama

Smoczyńska wnosiła powiew świeżości już swoim pierwszym filmem, horrorem-musicalem "Córki dancingu" o krwiożerczych syrenich siostrach z PRL-u. I co ciekawe, nowa propozycja reżyserki również dotyczy destrukcyjnych sióstr, tyle że tym razem materiałem wyjściowym jest prawdziwa historia udokumentowana w rewelacyjnym reportażu Marjorie Wallace, brytyjskiej dziennikarki urodzonej w Kenii i zamieszkałej przez jakiś czas w Żelazowej Woli u boku polskiego męża.

Polski pierwiastek był zatem w historii "milczących bliźniaczek" od dawna obecny. Przynajmniej w jej kulturowej odsłonie, bowiem w rzeczywistości Jennifer i June Gibbons nie miały z Polską nic wspólnego. Przyszły na świat w bazie wojskowej w Jemenie, gdzie stacjonował ich ojciec, imigrant z Barbadosu, a dorastały w Walii lat 70. i 80., wśród tego samego pokolenia czarnych Brytyjczyków, które niedawno tak sugestywnie sportretował Steve McQueen w wybitnym miniserialu "Mały topór".

Reklama

Echa serialu McQueena pobrzmiewają u Smoczyńskiej w aspekcie konfrontacji bohaterek z rasistowskim systemem edukacji i biurokracji państwowej - tym bardziej że zarówno role dorosłych bliźniaczek, jak i ich starszej siostry i matki, grają aktorki znane z "Małego topora": Letitia Wright, Tamara Lawrance, Amarah-Jae St. Aubyn oraz Nadine Marshall.

Intencją reżyserki nie jest jednak obnażenie strukturalnych uprzedzeń - to zaledwie tło opowieści - lecz eksploracja psychiki sióstr, które w pewnym momencie odmówiły komunikacji ze światem zewnętrznym i zaczęły rozmawiać wyłącznie między sobą we własnym pidżynowym języku. W filmie, który z natury rzeczy upraszcza rzeczywistość, mówią po prostu brytyjską angielszczyzną z karaibskim akcentem.

Podobnie w prawdziwym życiu erotyczny związek June i Jennifer z amerykańskim nastolatkiem Wayne'em (Jack Bandeira) był jeszcze bardziej skomplikowany - obie bliźniaczki wchodziły w intymne relacje również z dwoma braćmi chłopaka. Z drugiej strony, w odróżnieniu od książki Wallace, scenariusz Andrei Seigel oddaje perspektywę wyłącznie siostrom i nigdy jednoznacznie nie wyjaśnia powodów ich toksycznej więzi, prowadzącej od antyspołecznego paktu milczenia po zachowania przemocowe, skutkujące zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym Broadmoor, niesławnym miejscu pobytu najgroźniejszych wyspiarskich seryjnych morderców.

Wszystko to brzmi bardzo ponuro, gdy tymczasem film zaczyna się od rozkosznej czołówki, w której ożywają rysunki dziewcząt, a małe June (Leah Mondesir-Simmonds) i Jennifer (Eva-Arianna Baxter) chichoczą wymieniając na głos nazwiska obsady, w tym swoje własne.

I tak już będzie do końca - przygnębiającą walijską prowincję, skądinąd przekonująco udawaną przez Śląsk, Smoczyńska kontrastuje z kolorowymi sekwencjami z bogatej wyobraźni bliźniaczek, które w rzeczywistości tworzyły opowiadania i ilustracje, marząc o pisarskiej sławie. Fragmenty twórczości sióstr zostały zresztą wykorzystane w filmie w formie animacji poklatkowej oraz jako teksty dreampopowych piosenek Zuzanny Wrońskiej i Marcina Macuka, stałych współpracowników reżyserki. Adekwatnie melancholijna muzyka stanowi atut filmu, analogicznie jak zdjęcia Kuby Kijowskiego, scenografia Jagny Dobesz i kostiumy Katarzyny Lewińskiej.

Smoczyńska zostawia sporo pola do różnorakich interpretacji, niemniej ma dla swych bohaterek tyle empatii, że aż chce się wierzyć, że te utalentowane młode kobiety faktycznie mogłyby wiele osiągnąć na niwie artystycznej, gdyby tylko stworzyć im odpowiednie warunki w przyjaznym środowisku. Jest w filmie poruszająca scena, w której June mówi Jennifer, że muszą żyć ciekawiej, aby móc pisać ciekawsze historie. Czy taka myśl nie dręczy większości twórców?

Czytam "Silent Twins" jako upomnienie się o głos tak niezależnych kobiet, jak sztuki niezależnej, a nade wszystko: mniejszości - częstokroć poniżanej, lekceważonej, pozbawianej prawa wypowiedzi. Siostry Gibbons jako swoiste rzeczniczki marginalizowanych zdają się wysyłać światu dosadny przekaz: komunikacja na naszych zasadach albo wcale.

Gdzie zobaczyć: w kinach