"Mike"

Reklama

Potwór o gołębim sercu czy raczej ptasim móżdżku? Diaboliczny oprawca czy ofiara systemu? Żelazne fakty z życia Żelaznego Mike'a są powszechnie znane. Bezprecedensowe mistrzostwo wszechwag i równie niespotykane bankructwo. "Kanibalizm", którego ofiarą padło ucho Evandera Holyfielda. Burzliwe małżeństwo z aktorką Robin Givens. Trzymanie białych tygrysów bengalskich w charakterze zwierzątek domowych. I tak dalej.

Ośmioodcinkowy serial nie oferuje w tej kwestii nic zaskakującego. Ale mimo to wychodzi poza ruchomą Wikipedię. Przede wszystkim dlatego, że w przeciwieństwie do wielu biopików rzuca widzowi wyzwanie: posłuchaj, zobacz, lecz oceń już samodzielnie. Poboksuj się trochę ze swoim wyobrażeniem o Mike'u Tysonie.

Druga sprawa to kapitalna forma. Podobnie jak w przypadku głośnej biografii niesławnej łyżwiarki figurowej Tonyi Harding ("Jestem najlepsza. Ja, Tonya"), reżyser Craig Gillespie burzy "czwartą ścianę", pokazuje dane sceny z różnych perspektyw, stosuje ironiczne wizualizacje. Na przykład kiedy Tyson przed sensacyjną walką z Busterem Douglasem pije, ćpa i uprawia seks z tabunem kobiet, widzimy go potem na ringu w jedwabnym szlafroku i z drinkiem w dłoni, podczas gdy obiektywnie słabszy rywal posyła go na deski. Z kolei kiedy podczas wizyty w Moskwie Mike rozrabia w pokoju hotelowym w trakcie awantury z Givens i teściową, za podkład muzyczny służy "Lovely Day" Billa Withersa. W ogóle ścieżka dźwiękowa z przebojami-komentarzami jest wyselekcjonowana bezbłędnie.

Reklama

To skądinąd znak rozpoznawczy Gillespiego (również "Pam i Tommy", "Cruella", "Miłość Larsa"), że dramatyczną narrację prowadzi w taki sposób, że działa ona również jako czarna komedia. Tu w dodatku klamrą spinającą wszystkie wątki jest swoisty stand-up z 2013 roku, wyprodukowany przez Spike'a Lee "Mike Tyson: Undisputed Truth", w którym bokser osobiście i z kąśliwym humorem opowiadał swoje CV widowni zgromadzonej na Broadwayu.

Reklama

Trzeba przyznać, że niespełna półgodzinne odcinki świetnie się sprawdzają jako osobliwe "piguły informacyjne" godne historii mistrza ringu. Cios za ciosem, epizod za epizodem, kolejne istotne wydarzenia z życiorysu Tysona przelatują nam przed oczami. Przed cały ten czas Mike, bohater i złoczyńca w jednej osobie, niemal nie wychodzi z kadru. Z jednym wyjątkiem.

Otóż w odcinku piątym, wyreżyserowanym przez Tiffany Johnson i napisanym przez Karin Gist i Samanhtę Corbin-Miller, perspektywa pierwszoosobowa przełącza się nagle na Desiree Washington, 18-letnią Miss Black Rhode Island, która oskarżyła Tysona o gwałt, stając tym samym do nierównej walki z Ikoną Czarnych i narażając się na ostracyzm ze strony własnego środowiska. Twórcy serialu niczego tu nie przesądzają ze stuprocentową pewnością, niemniej oddanie sprawiedliwości potencjalnej ofierze celebryty, przyjęcie jej punktu widzenia, wypada odświeżająco.

Jeszcze większe wrażenie robi obsada. Szczególnie Trevante Rhodes ("Moonlight") wykonuje niesamowitą robotę, imitując nie tylko warunki fizyczne Tysona (to musiały być nie godziny, a dni, miesiące spędzone na siłowni), ale i jego specyficzne seplenienie, ruchy, mowę ciała, a przy tym ani na chwilę nie popadając w parodię, przesadę. Nokaut.

Doskonały jest też praktycznie cały dalszy plan - Olunike Adeliyi jako Lorna Mae, prostytuująca się matka Tysona, Russell Hornsby jako Don King, Laura Harrier jako Robin Givens, wreszcie Harvey Keitel w roli trenera i przybranego ojca Mike'a, Cusa D'Amato.

Ciekawe, że ekranowi Tyson i D'Amato mają podobną dynamikę jak Rocky Balboa i Mickey, co poniekąd sygnalizuje, umyślnie bądź nie, że "Bestia" to także, a może nawet przede wszystkim, ikona popkultury, gwiazda "Kac Vegas", "Black & White", a nawet własnej przygodowej kreskówki w odcinkach "Mike Tyson Mysteries".

I właśnie owa tajemniczość wydaje się nierozerwalnie z postacią Mike'a związana. Na ile bowiem przedstawiony w serialu Tyson jest prawdziwy? Co więcej: na ile ma to w ogóle znaczenie? Nas interesuje przecież Tyson-symbol, mogący służyć za filtr opowieści o korelacjach rasy, klasy i płci z show-biznesem. Tyson - symbol amerykańskiego snu i amerykańskiego koszmaru jednocześnie.

Gdzie zobaczyć: Disney+