"Trzynastu"

Reklama

Hollywoodzki wyga Ron Howard jest bardzo nierównym reżyserem. Dlatego też niespecjalnie dziwi, że zaraz po fatalnej "Elegii dla bidoków", dramacie rażącym sztucznymi dialogami i karykaturalnym aktorstwem, twórca "Pięknego umysłu" wraca do szczytowej formy.

Inscenizacja bezprecedensowej akcji ratunkowej w tajskiej jaskini Tham Luang zaskakuje brakiem efekciarstwa. Doświadczony scenarzysta William Nicholson precyzyjnie rozmieszcza akcenty dramaturgiczne, a przy tym ogranicza patos w tekście do minimum, osiągając rezultat znacznie bardziej zbliżony do "Everestu" niż "Gladiatora". A że film stoi także znakomitą realizacją, trzyma w napięciu do samego końca, mimo że przecież - analogicznie jak w "Apollu 13" - znamy finał tej historii, tu w dodatku wciąż świeżej, bo sprzed raptem czterech lat.

Zbieżności z dawnym przebojem kinowym o nieudanej misji kosmicznej jest zresztą więcej. Nie chodzi tylko o katastroficzną historię opartą na faktach. Cała konstrukcja fabuły jest bardzo podobna - w obu przypadkach mamy do czynienia z dramatem ludzi uwięzionych w ciasnej przestrzeni, gdy tymczasem sztab profesjonalistów obmyśla "z oddali" plan ratunkowy.

Reklama

Przy czym o ile "Apollo 13" był obrazem podniosłym i opiewającym heroizm w ściśle amerykańskim stylu, o tyle "Trzynastu" jest filmem dużo bardziej szorstkim, bliższym spektakularnej dokudramie.

Rzuca się w oczy, że choć historia jest w dużej mierze opowiadana z perspektywy brytyjskich nurków jaskiniowych Ricka Stantona (Viggo Mortensen) i Johna Volanthena (Colin Farrell), do których z czasem dołącza nurek-anestezjolog Harry Harris (Joel Edgerton), film ani nie razi typowym zachodnim protekcjonalizmem, ani nie bazuje na gwiazdorskich nazwiskach. Znani aktorzy grają w sposób stonowany, wyzuty z atencyjności, zaś tajska kultura i lokalna dynamika przedstawione są z odpowiednim szacunkiem. Nawet kiedy na scenę wkraczają gubernator Narongsak Osatanakorn (Sahajak Boonthanakit) i minister Anupong Paochinda (Vithaya Pansringarm), dostajemy niby stereotypowe postaci, lecz pozbawione demoniczności, jaką jeszcze niedawno w hollywoodzkim filmie na pewno zostaliby obdarzeni "egzotyczni" politycy wchodzący w paradę szlachetnym "białym zbawcom".

Reklama

Film robi wrażenie realizmem. Mimo że ekranowa jaskinia Tham Luang powstała w warunkach studyjnych w australijskim Queensland, zupełnie nie przeszkadza to we współodczuwaniu niewygody klaustrofobicznych tuneli. Na efekt pracuje wspaniała scenografia Molly Hughes, minimalistyczna muzyka Benjamina Wallfischa, doskonały montaż dźwięku Olivera Tarneya, a nade wszystko przepiękne zdjęcia tajskiego operatora Sayombhu Mukdeeproma, kojarzonego dotąd z kinem zdecydowanie bardziej artystycznym, spod znaku Apichatponga Weerasethakula i Luki Guadagnino.

Przykry znak czasów, że tak imponujące widowisko, jakby stworzone wprost na wielki ekran, możemy oglądać wyłącznie w streamingu.

Gdzie zobaczyć: Amazon Prime Video