"Ninjababy"

Reklama

To całkiem krzepiące w kontekście rzekomej infantylizacji kina, kiedy najciekawszymi komiksowymi filmami sezonu okazują się nie kolejne wystawne produkcje o herosach w trykotach, lecz skromne historie o seksualności młodych ludzi. Po rewelacyjnym "Paryżu, 13. dzielnicy" inspirowanym "Śmiechem i śmiercią" Adriana Tomine'a na nasze ekrany trafia wyróżnione Europejską Nagrodą Filmową dla najlepszej komedii "Ninjababy", adaptacja norweskiego komiksu "Fallteknikk" Ingi Sætre.

Temat niechcianej ciąży regularnie zajmuje filmowców - czy to w wydaniu śmiertelnie poważnym ("4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" Cristiana Mungiu, "Little Woods" Nii DaCosty, "Zdarzyło się" Audrey Diwan wciąż czekające na polską premierę), czy znacznie mniej serio ("Wpadka" Judda Apatowa, "Juno" Jasona Reitmana, "Babka" Paula Weitza). Mimo to niezwykle rzadko trafiają się obrazy tak wnikliwe i zniuansowane w narracji aborcyjnej, jak dramatyczne "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze" Elizy Hittman i komediowe "Ninjababy" Yngvild Sve Flikke. Trudno uznać za przypadek, że za sterami tych najbardziej empatycznych filmów stoją kobiety.

Szczególnie zuchwałe "Ninjababy" wnosi powiew świeżego powietrza. Film, za literackim pierwowzorem, stawia na głowie schematy genderowe, do których przyzwyczaiła nas patriarchalna kultura. Rozbrajająco lekkomyślna i sarkastyczna rysowniczka Rakel (perfekcyjnie obsadzona Kristine Kujath Thorp) to damski odpowiednik nie tyle Katherine Heigl, ile Setha Rogena z "Wpadki": imprezy, używki, przygody na jedną noc. Do tego stopnia, że trudno potem zorientować się, kto jest ojcem dziecka. A kiedy ten już się znajduje, problemy tylko się piętrzą, z uznaniem ojcostwa na czele. Twórcy śmiało rzucają wyzwanie podwójnym standardom w kwestii odpowiedzialności za bezpieczny seks. Nawet w kraju o tak wysokim poziomie opieki społecznej, jak Norwegia.

Reklama

Prawdziwie odświeżające jest jednak to, że film w ogóle nie roztrząsa typowego dylematu aborcji. Dla bohaterki to nie podlega dyskusji - jest zdecydowana na usunięcie ciąży. Szkopuł w tym, że nie może tego zrobić, bowiem o swej brzemienności dowiaduje się dopiero w szóstym miesiącu. Chcąc nie chcąc, musi więc podjąć próbę pogodzenia się z ciążą. To wtedy zaczyna rozmowy z płodem, tytułowym ninjababy, będącym rysunkową inkarnacją natrętnych myśli i wyrzutów sumienia Rakel.

Nabazgrane od niechcenia prostą kreską ninjababy, które mogłoby być bohaterem "Kapitana Majtasa", szybko wymyka się z kartki papieru i zaczyna pojawiać się w rozmaitych miejscach, na ścianach i innych powierzchniach, każdorazowo komentując zgryźliwie wybory życiowe swojej matki. Przypomina to nieco "I kto to mówi" z dużo bardziej niegrzecznym humorem. Przy czym połączenie szczątkowej animacji z filmem aktorskim wypada kapitalnie - reżyserka zdaje się doskonale rozumieć medium komiksowe i częstokroć operuje kadrem w sposób przywodzący na myśl ruchomą powieść graficzną. To czyni z "Ninjababy" jedną z najbardziej interesujących formalnie ekranizacji komiksu.

Treść bynajmniej nie odstaje. W swojej ostentacyjnej niedojrzałości i niechęci do macierzyństwa Rakel przypomina trochę sympatyczniejszą wersję Julie z "Najgorszego człowieka na świecie", innego norweskiego manifestu pokolenia. Z tą różnicą, że Rakel dojrzewa - paradoksalnie poprzez przekomarzanie się z kreskówkowym płodem, co w rezultacie podświadomie tworzy więź emocjonalną z nienarodzonym dzieckiem.

Ciekawiej jednak wypada mniej oczywiste porównanie - mianowicie do niedawnych włoskich "Superbohaterów" od tego samego dystrybutora. Oba filmy opowiadają o wyzwolonych autorkach komiksów, z tym że wybory życiowe tudzież prokreacyjne bohaterek stanowią antytezy na wielu polach. Stąd też zestawienie obu filmów nie tylko unaocznia różnice mentalne między Norwegami a Włochami, między "zimną" północą a "gorącym" południem”, między liberalnymi a konserwatywnymi oczekiwaniami społecznymi, ale przede wszystkim uzmysławia, jak skrajnie różne potrafią być pragnienia i priorytety kobiet. Każde tak samo uprawnione.

Gdzie zobaczyć: w kinach