"Obiekt"

Reklama

Podglądanie cudzego życia na dobre weszło nam w krew. Robimy to poprzez media społecznościowe, ale też reality shows, seriale docu-crime, telenowele dokumentalne. Zafiksowaliśmy się na "prawdzie" do tego stopnia, że coraz częściej szukamy jej w kreacji. Coraz trudniej także o rozgraniczenie - fikcji od rzeczywistości, ale i wywnętrzenia od wyzysku.

Ba, już w 1999 roku nasz rodzimy Marcin Koszałka wywołał skandal krótkometrażowym dokumentem o własnej rodzinie "Takiego pięknego syna urodziłam". Byłem narażony na oskarżenia, że sprzedałem swoją własną matkę dla osiągnięcia sukcesu ekranowego. Usłyszałem, że sprzedaję swoją rodzinę i jest to bardzo prosta, tania zagrywka – wspominał po latach reżyser podczas wykładu relacjonowanego przez Martę Sikorską. Niemniej festiwalowi jurorzy byli zachwyceni "odwagą w demaskowaniu obłudy życia rodzinnego i inteligentnym wykorzystaniem formy cinéma-vérité".

Phil Waterhouse z "Obiektu" to właśnie taki Koszałka w amerykańskich realiach. Biały dokumentalista ceniony w branży, nagradzany w Sundance. A jednak budzący kontrowersje poprzez koncentrowanie się w swojej pracy na pokazywaniu niełatwej egzystencji miejskiej młodzieży z mniejszości etnicznych. Naświetlanie problemu czy wykorzystywanie dla doraźnych korzyści? Szczególnie ostatni dokument Waterhouse'a nie daje o sobie zapomnieć - zapewnił filmowcowi sukces artystyczny i finansowy, ale i wywołał burzę medialną za sprawą sceny przedstawiającej nakręcone przypadkiem autentyczne morderstwo nastolatka z Harlemu.

Reklama

Szkopuł w tym, że Waterhouse to nie cynik. Zdaje się naprawdę wierzyć w to, co robi, mimo że biały przywilej (luksusowy dom na obrzeżach miasta, piękna latynoska dziewczyna) i syndrom białego zbawcy zdecydowanie przesłaniają mu trzeźwy osąd sytuacji. Zimny prysznic nadejdzie dopiero wskutek niepokoju wywołanego głuchymi telefonami, kiedy to dramat psychologiczny skręci lekko w stronę thrillera spod znaku home invasion.

Reklama

"Obiekt" to bardzo udany debiut pełnometrażowy dwóch uzdolnionych kobiet - reżyserki Lanie Zipoy dobrze znanej nowojorskiej bohemie oraz dramatopisarki Chisy Hutchinson, która odpowiada za zgoła sceniczną strukturę filmu, opartego w dużej mierze na dialogach między dwiema osobami. Co nie znaczy, że jest to "teatralność" w znaczeniu pejoratywnym, nic z tych rzeczy - Zipoy świetnie dawkuje napięcie poprzez łączenie statycznych ujęć z techniką found footage i używanie ekstremalnych zbliżeń na twarze utalentowanych aktorów: Jasona Biggsa, który bodaj po raz pierwszy tak daleko odchodzi od wizerunku z "American Pie", zjawiskowej Annabelli Acosty w roli dziewczyny bohatera i jak zwykle bezbłędnej Aunjanue Ellis wcielającej się w matkę zamordowanego chłopaka.

Film doskonale sobie radzi ze złożonymi problemami rasowymi, w tym uprzedmiotowieniem czarnej młodzieży w dzisiejszym społeczeństwie. Nikogo się tu nie potępia w czambuł, raczej zwraca uwagę, że coś, co z reguły jest tylko głupią modą, mimowolnym przywłaszczeniem kulturowym - stylu, języka, mowy ciała - niekiedy może prowadzić do tragedii.

Doprawdy warto się zastanowić, jak często z naszej białej perspektywy życie czarnych dzieciaków to wyłącznie statystyka kryminalna, odległa abstrakcja odgrywana przez stereotypizowane obiekty - gangsterów, raperów, "chłopaków z sąsiedztwa". Film namawia, by ujrzeć w nich ludzi.

Wielka szkoda, że tak obiecująca kariera już się nie rozwinie - Lanie Zipoy zmarła w czerwcu w wieku zaledwie 49 lat.

Gdzie zobaczyć: HBO Max