"Rytmy Casablanki"

Reklama

Film wyróżnia się oczywiście już samym kontekstem lokalnym, mimo że hip-hop jest tu takim samym sposobem ekspresji i narzędziem resocjalizacji, jak pod każdą inną szerokością geograficzną.

Nic zatem dziwnego, że za kamerą stanął akurat Nabil Ayouch. Francusko-marokański reżyser to uznany społecznik. Przez lata zdobywał tuziny nagród portretując dziecięce gangi ("Ali Zaoua, książę ulicy"), zamachowców-samobójców ("Boskie konie"), muzułmańskie prostytutki ("Tyle miłości"). Teraz postanowił przyjrzeć się problemom młodzieży z robotniczej dzielnicy Casablanki. I od razu trafił do konkursu głównego w Cannes, ustanawiając tym samym precedens w historii kinematografii Maroka.

Ale canneńska estyma paradoksalnie może filmowi tylko zaszkodzić. "Rytmy..." miewają przebłyski artystyczne (mocna scena z bohaterem twardo trzymającym pion, kiedy wszyscy na ulicy padają na kolana w modlitwie), lecz dominuje estetyka bez mała telewizyjna, windowana przez dynamiczną pracę kamery Virginie Surdej ("W czterech ścianach życia") i Amine'a Messadiego ("Ostatni z nas") na dobrym rzemieślniczym poziomie.

Reklama

Ayouch zapożycza szeroko - od "Fame" po "Slam". Szkielet utworu to naturalnie "Stowarzyszenie Umarłych Poetów", skądinąd z gruntu przystające do rzeczywistości, w której rygorystyczna tradycja i młodzieńczy bunt stoją w kontrze obarczonej znacznie poważniejszymi konsekwencjami niż na Zachodzie. Co jednak ciekawe, odwrotnie niż w klasyku Weira, w centrum zainteresowania twórcy "Rytmów..." stoją dzieciaki, nie nauczyciel.

Ten ostatni jest być może nawet nadto enigmatyczną postacią. Wiemy, że Anas był gwiazdą rapu (tak jak odtwarzający go Anas Basbousi), a teraz opiekuje się bezpańskim psem i mieszka w samochodzie, ale nigdy nie dowiadujemy się dlaczego. Bohater od początku, kiedy przybywa do domu kultury, aby prowadzić w nich zajęcia z hip-hopu, służy głównie za katalizator do społecznego i tożsamościowego przebudzenia młodzieży.

Na pierwszej lekcji Anas wspomina hip-hop amerykański i jego znaczenie dla emancypacji Afroamerykanów, ale też tunezyjski, który w 2011 roku "niósł siłę i walczył z systemem". W Maroku też rap rozlał się na ulice, przełamując tabu. "Wcześniej, gdy mówiło się o polityce albo o królu, od razu nas uciszano. Ale teraz już tak nie jest. Uzyskaliśmy większą swobodę wypowiedzi", przekonuje młody wychowawca. Po pewnym czasie jego podopieczni sami już dochodzą do wniosku, że ich dzielnica Sidi Moumen może być dla Casablanki tym, czym Bronks, kolebka rapu, dla Nowego Jorku.

Reklama

Reżyser czerpie z własnych doświadczeń z otwieraniem lokalnych centrów sztuki, których stworzył już kilka. Na ekranie prawdziwi nastolatkowie z warsztatów Ayoucha występują jako fabularyzowane wersje samych siebie, a film jest najlepszy właśnie wtedy, gdy wchodzą w interakcje z rówieśnikami w trakcie prób rapowania, beatboxu, malowania graffiti. Albo po prostu ożywionej dyskusji o fanatyzmie religijnym czy prawach kobiet - zajmujących całkiem silną pozycję tak w fabule, jak autentycznie na marokańskiej scenie hiphopowej. Dla dziewczyn rap stanowi ucieczkę od patriarchalnego porządku, dla wszystkich - odskocznię od ortodoksji.

Mimo trudnych tematów obraz tchnie więc pozytywną energią, podbijaną jeszcze przez upbeatowe kompozycje Mike'a i Fabiena Kourtzerów, zawieszone gdzieś między trapem a boom bapem. Przy czym, co istotne, reżyser doskonale zdaje sobie sprawę, że jednym inspirującym filmem nie rozwiąże problemów krajów arabskich. "Nie da się rozwiązywać konfliktów chowając się za rapem", mówi w pewnym momencie Anas - i to zdanie nadaje się na wizytówkę całego filmu, przeznaczonego raczej dla młodzieży niż bywalców Cannes. Bo to młodzi ludzie będą mieli wpływ na kształtowanie przyszłości świata, którego hip-hop co prawda nie zbawi, za to z pewnością może pomagać w zmienianiu go na lepsze.

Gdzie zobaczyć: w kinach