"W świetle dnia"

Na pierwszy rzut oka debiut fabularny Dénesa Nagya to film wojenny, jakich wiele, epigoński względem klasycznego "Idź i patrz". Ale kościec narracyjny to jedno, a co innego zastosowanie środków wyrazu. Węgierski twórca, w przeciwieństwie do Klimowa i jego szokującej wizji piekła na Ziemi, hołduje zasadzie "im mniej, tym lepiej". W każdym aspekcie - czy chodzi o zdystansowany sposób opowiadania, czy o wykorzystanie dźwięku albo prowadzenie aktorskich naturszczyków. Skądinąd symboliczne, że z materiału źródłowego, powieści Pála Závady, reżyser wybiera raptem trzy dni z całości rozpisanej na dwie dekady.

Reklama

Trzy dni z roku 1943, tego samego, w którym rozgrywa się akcja "Idź i patrz". Tyle że u Nagya pacyfikacji sowieckich wsi dokonują nie hitlerowcy, lecz ich węgierscy sojusznicy. Fabuła koncentruje się na mało znanym powszechnie epizodzie II wojny światowej, kiedy po klęsce pod Stalingradem wojska Gusztáva Jánya nie wróciły już na front, tylko zgodnie z doktryną Bandenbekämpfung zostały skierowane do walki z partyzantką na Ukrainie.

Trwa ładowanie wpisu

Nagy przygląda się wojnie wnikliwym okiem doświadczonego dokumentalisty. Inscenizowane wydarzenia nie mają w sobie nic z heroizmu, nie są w najmniejszym stopniu efektowne. Widzimy wszechogarniający marazm, przyziemną nudę i potworne zmęczenie skutkujące tym, że żołnierzom nie chce się nawet rozmawiać między sobą. W ciszy oporządzają upolowanego łosia i wyciągają linami wóz z błota. Podobnie bezgłośnie popełniają zbrodnie wojenne, które w filmie zawsze dzieją się poza kadrem i jedynie odmalowują na beznamiętnej twarzy kaprala Istvána Semetki (fascynujący Ferenc Szabó).

Fizjonomia Semetki pozornie zdradza niewiele, a zarazem przyklejona doń kamera Tamása Dobosa sugestywnie oddaje banał i okrucieństwo wojny. Emocjonalną pustkę co rusz wypełniają grymasy wstydu, wstrętu, odruchy miłosierdzia. Po chwili wszystko wraca do bezbrzeżnie smutnej "normy".

Reklama

To trudna rola dla debiutanta - niemalże niema, poza zdawkowymi, dwusylabowymi odpowiedziami, jakie kapral kieruje do przełożonych. Mimo to każdy przebłysk emocji na twarzy Szabó wydaje się prawdziwy. Na uwagę zasługuje też László Bajkó, który jako porucznik Koleszár ma tylko jeden filozoficzny monolog, za to kluczowy.

Film wiele rzeczy jedynie sugeruje, ale kiedy kamera prześlizguje się po izbie z młodą wiejską kobietą podciągającą ubranie, nie trzeba pokazywać więcej. Tak jak nie trzeba wybuchu bomb, by ukazać nieodwracalne zniszczenia w psychice wszystkich stron konfliktu.

"W świetle dnia" niewątpliwie wymaga cierpliwości. Odpłaca niepospolitą refleksją nad naturą wojny - każdej wojny, ale i obecnej wojny w Ukrainie. Nagy bardzo dyskretnie stawia niełatwe pytania o odpowiedzialność jednostki w czasach masowych zbrodni. Przy okazji nie sposób nie pomyśleć o postawie dzisiejszych Węgier i Niemiec wobec interesów z Rosją. Postawie mającej konkretne oblicza, które niczym twarz Szabó nie dają o sobie zapomnieć.

Gdzie zobaczyć: w kinach