"Wielka wolność"

Reklama

Reżyser i współscenarzysta Sebastian Meise sięga do niechlubnej karty w dziejach kraju Goethego. Mało kto wie, że jeszcze całe dekady po II wojnie niemieccy geje byli represjonowani przez państwo na mocy paragrafu 175. Pochodzący z XIX wieku przepis został zaostrzony w czasach III Rzeszy, zliberalizowany u progu lat 70., a w pełni zniesiony dopiero w roku 1994.

Egzemplifikację problemu stanowią losy Hansa Hoffmanna (rewelacyjny Franz Rogowski), który po "wyzwoleniu" z obozu zagłady z miejsca trafia za kratki w zachodnich Niemczech, by pod okiem niewzruszonych aliantów odsiedzieć pierwotny wyrok za homoseksualizm. Ordnung muss sein.

Film zaczyna się montażem ziarnistych nagrań z ukrytego monitoringu w publicznej toalecie. Sceny przywodzące na myśl zawiązanie akcji w polskim "Hiacyncie" Piotra Domalewskiego, acz dużo bardziej sugestywne, obrazują przyłapanie Hansa na gorącym uczynku. Po chwili okazuje się, że właśnie obejrzeliśmy materiał dowodowy na sali sądowej. Zapada wyrok skazujący, co Hans przyjmuje z niepokojąco stoickim spokojem.

Postawa bohatera szybko się wyjaśnia, kiedy ów przekracza bramy więzienia, po czym niepytany ściąga ubranie i przyjmuje przed strażnikami pozycję gotowości do przeszukania odbytu. Najwyraźniej był tu wcześniej. Wkrótce potem nasz domniemany recydywista rozpoznaje w starszym facecie z kucykiem swojego dawnego towarzysza z celi, homofobicznego Viktora (doskonały Georg Friedrich) skazanego za morderstwo. I wtedy cofamy się z roku 1968 do 1945, do momentu zapoznania się z Hansa z Viktorem. "Przenieśli cię do pierdla prosto z obozu koncentracyjnego? Poważnie?", zapyta z niedowierzaniem zwalisty facet w tatuażach, zaś jawna wrogość ustąpi miejsca najpierw niechętnej akceptacji, potem wręcz opiekuńczości.

Reklama

Odtąd film będzie poruszał się płynnie między trzema płaszczyznami czasowymi - poza wspomnianymi datami będzie to również rok 1957, kolejny wyrok Hansa za naruszenie paragrafu 175 i kolejny etap zażyłości z Viktorem.

Mimo skrajnie opresyjnego, bezdusznego tła, "Wielka wolność" to w istocie historia miłosna. Tyle że zacierająca granice między przyjaźnią a romansem, niepasująca nie tylko do normatywnych, ale nawet queerowych stereotypów, jak najdalsza od banału, nigdy nienazywająca wprost uczuć i doświadczeń. Tak specyficzna love story mogła się wydarzyć tylko w tych konkretnych warunkach, w nadzwyczajnych okolicznościach; pewną analogią mogą być tu doniesienia z ukraińskiego frontu, gdzie narodowcy i drag queens walczą ramię w ramię z najeźdźcą - sojusz nie do pomyślenia w czasie pokoju.

Reklama

Meise bez cienia sentymentu, a mimo to z niespotykaną wrażliwością zwraca uwagę, że choć seks za murami więzienia jest najczęściej transakcją lub gratyfikacją, to w naturze ludzkiej, nie wyłączając największych twardzieli czy cyników, tkwi również potrzeba bliskości emocjonalnej, czułości wymykającej się kategoriom erotycznym.

Film charakteryzuje się ograniczeniem dialogów do minimum i równie oszczędnym kadrowaniem. Ciekawe, że wyłącznie męskich bohaterów w odczłowieczonym świecie fotografuje kobieta, Crystel Fournier, skądinąd znakomita francuska operatorka, znana ze współpracy z Céline Sciammą. Z dojmująco surową formą świetnie współgra minimalistyczna muzyka.

Jednak najbardziej imponująca jest w "Wielkiej wolności" pogłębiona refleksja nad tytułowym zagadnieniem. Tytuł można czytać z gorzką ironią - lecz nie tylko z oczywistego powodu, że zabranego czasu nigdy nie da się zwrócić. Otóż tak późne zniesienie paragrafu 175 zaowocowało tym, że dla wielu osadzonych oswobodzenie przyszło poniewczasie, w chwili, kiedy nie potrafili już normalnie funkcjonować poza zakładem karnym. Wolność jest bowiem krucha i ulotna - co stanowi ostrzeżenie także w kontekście ambiwalentnego stosunku dzisiejszych Niemiec do Ukrainy, zbytniego ociągania się z dostawami broni. Agresja swoją drogą, natomiast już samo niezdecydowanie może kosztować zdrowie albo i życie - zdaje się mówić Meise tak uniwersalnie, jak konkretnie pod adresem germańskich władz.

Ale jest coś jeszcze: niejednoznaczność samego terminu. Bo jaka to "wolność", kiedy trzeba się ukrywać po szaletach, nie można okazywać uczuć publicznie ani funkcjonować na zwykłych ludzkich zasadach. Tymczasem w "niewoli" bohaterowie mogą spędzać całe dnie i noce w jednej celi, rozwijać relacje emocjonalne, a nawet cielesne - w przypadku trafienia z premedytacją do jednego karceru z obiektem pożądania. Twórcy ukazują tu niebywały, niemalże groteskowy paradoks: im większa kara, tym większa swoboda homoseksualnej egzystencji.

Miarą naszego człowieczeństwa powinno być wytworzenie takich norm społecznych, by nikt nie wybierał zamknięcia, odosobnienia, odcięcia od świata zewnętrznego - za więzienie można tu sobie podstawić państwo totalitarne, jak Rosja - w imię opacznie pojmowanej wolności.

Gdzie zobaczyć: w kinach