"Przeżyć"

Reklama

Hybryda dokumentu, animacji i biopiku nie jest niczym nowym. Najgłośniejsze i zarazem najbardziej pokrewne stylistycznie dziełu Jonasa Pohera Rasmussena przykłady to wizualne pamiętniki z Izraela ("Walc z Bashirem") i Iranu ("Persepolis"), choć już w epoce kina niemego dokumentaliści korzystali z ruchomych rysunków. Dopiero ekspansja Disneya na zawsze skojarzyła animację z rozrywką dla dzieci.

"Przeżyć" może pomóc "odzyskać" tę formę sztuki dla dorosłego widza. Dlatego, że porusza najbardziej palące tematy, z przymusową migracją na czele, ale i dlatego, że bez mała spektakularnie przekracza również granice gatunkowe. Konkretnym dowodem trzy bezprecedensowe nominacje oscarowe naraz: dla najlepszego filmu animowanego, dokumentalnego i międzynarodowego.

Tyle że nominacje to jeszcze nie nagrody, a tu karty wydają się już rozdane - i niestety w żadnej kategorii film Duńczyka nie jest faworytem.

Reklama

Statuetka za film nieanglojęzyczny najprawdopodobniej trafi do "Drive My Car" - to taki pseudointelektualny "Czechow po azjatycku", wpisujący się w modę na Daleki Wschód, podkręcaną w Hollywoodzie od paru sezonów, nie bez związku z niewygodną dominacją Chin w box offisie. Z kolei laury za animację przypadną zapewne "Naszemu magicznemu Encanto", skądinąd pięknej disnejowskiej bajce o rodzinie z Kolumbii, zaś za dokument zostanie wyróżniony muzyczny "Summer of Soul", który prywatnie uważam za co najmniej kongenialny z duńskim rywalem. W czym więc problem?

Cóż, żywię przekonanie, że w obecnej sytuacji geopolitycznej osobiste sympatie powinny zejść na dalszy plan i każdą okazję do zaakcentowania solidarności z narodem ukraińskim powinno się wykorzystywać. Nagrody nie istnieją w próżni. Tym bardziej najpopularniejsze nagrody świata. Przy czym przecież nie nagradzamy na wyrost, "z łapanki", tylko mówimy o równorzędnych kandydatach.

"Przeżyć" / Materiały prasowe

Przyznanie wszystkich trzech Oscarów wybitnemu filmowi o uchodźcy byłoby bardzo symbolicznym gestem wsparcia dla Ukrainy. Położeniem nacisku na to, że w tej chwili nie ma absolutnie nic ważniejszego. Ale byłby to również hołd dla uciekinierów wojennych w ogóle. Wszak zdążyliśmy już zapomnieć, że nie dalej jak kilka miesięcy temu ubolewaliśmy z dystansu nad exodusem afgańskim wskutek wyjścia wojsk USA z Kabulu. Niejeden ekspert zresztą wskazuje, że to właśnie kontrowersyjna decyzja Bidena, cofająca Afganistan w rozwoju o dwadzieścia lat, ośmieliła Putina do inwazji na Ukrainę. Wszystko to naczynia połączone.

Co więcej, bohater "Przeżyć" też uciekał przed talibami, tylko w latach 80. Prace nad filmem ruszyły zaś w połowie ubiegłej dekady i zbiegły się w czasie z napływem potężnej fali wygnańców z Bliskiego Wschodu i Afryki na Stary Kontynent. Wtedy wydawało się, że największy kryzys migracyjny od II wojny długo się nie powtórzy, dziś wiemy, że w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę do samej Polski wyemigrowało już więcej ludzi niż wówczas do całej Europy. Niczego się nie nauczyliśmy. Może poza gorzkim wnioskiem, że są uchodźcy "obcy" i "nasi". Jest więc okazja wyciągnąć cenne lekcje człowieczeństwa z filmu, który poprzez losy jednostki ukazuje przebieg i konsekwencje procesów migracyjnych w całej ich złożoności.

Ciekawe, że tak jak trzy są nominacje oscarowe, tak trzy są też poziomy uprzedzeń, z jakimi musi mierzyć się ekranowy Amin Nawabi: jako uchodźca, osoba z obcego kręgu kulturowego oraz gej - zmuszony jeszcze przed ucieczką ukrywać się ze swoją seksualnością, na którą, jak sam mówi, "nie było nawet słowa" w Afganistanie.

Rasmussen po raz pierwszy spotkał nieśmiałego afgańskiego uchodźcę w drodze do szkoły w swoim rodzinnym Kalundborg. Zaprzyjaźnili się, lecz traumatyczną i skomplikowaną historię "Amina" reżyser poznał dopiero wiele lat później. I poczuł się zobowiązany podzielić nią ze światem - za pomocą animacji chroniącej tożsamość przyjaciela.

Film rozpoczyna się scenami beztroskiego dzieciństwa w Kabulu, spędzanego na puszczaniu latawców, słuchaniu A-ha na walkmanie i wzdychaniu do Jean-Claude'a Van Damme'a. Można by rzec: typowe dziecko lat 80., gdyby nie talibowie momentalnie obracający wniwecz wszystko, od popkulturowych przyjemnostek po życiowe plany.

Reklama

Potem jest ucieczka do Rosji i strach przed skrajnie skorumpowaną milicją, nieudana próba przeprawy do Szwecji, pobyt w nieludzkich warunkach w Estonii, odesłanie do Moskwy i widmo powrotu do Afganistanu, w końcu azyl w Kopenhadze. Wszystko cały czas podszyte dodatkowym strachem z powodu budzącego się homoseksualizmu - wentyl bezpieczeństwa pojawi się dopiero dekady później, wraz z opcją poślubienia duńskiego partnera i kupna domu na wsi. Tak, wszyscy uchodźcy mają pewne cechy wspólne, a jednocześnie za każdym stoi bardzo indywidualna opowieść.

"Przeżyć" / Materiały prasowe

"Przeżyć" ma strukturę sesji terapeutycznej, w trakcie której Amin powraca do najczarniejszych wspomnień, ale i doznaje katharsis, na naszych oczach przepracowuje lęk przed zaangażowaniem w trwały związek. "Kiedy uciekasz jako dziecko - wyjaśnia - nieustannie masz się na baczności. Boisz się komukolwiek zaufać. Nawet swojemu partnerowi. Nawet swojemu najlepszemu przyjacielowi".

Warto też zauważyć, że Rasmussen rewelacyjnie wykorzystuje animację. Rysowane wywiady jako żywo przypominają te z tradycyjnych filmów dokumentalnych. Zupełnie inaczej, dyskretnie, w szerokich planach, są pokazywane zwierzenia "nieformalne", jakoby poza okiem kamery. Do tego obiektyw niekiedy "traci ostrość", co jeszcze przydaje całości autentyzmu.

Obrana technika pozwala również twórcy rezygnować ze zbędnych szczegółów rozpraszających uwagę, a często nieodzownych przy filmie aktorskim, i wypełniać kadry wyłącznie tymi detalami, jakie uzna za istotne. I tym samym intensyfikować emocje - ale bez jednego momentu taniej sensacji, zawsze z wyczuciem i empatią.

Warto przeżyć "Przeżyć".

Gdzie zobaczyć: w kinach