Pomysł na film powstał już przed dwudziestoma laty. Carion był wtedy w trakcie rozwodu i dręczyło go poczucie winy względem własnego dziecka. Tak narodziła się postać nieobecnego ojca, pracoholika z branży naftowej, który nagle musi skonfrontować się z zaginięciem zaniedbywanego syna.

Reklama

Scenariusz "Mojego synka" ("Mon garçon") twórca napisał wraz z drugą żoną, Laure Irrmann. Razem pracowali też nad anglojęzycznym remakiem, "Moim synem" ("My Son"). Co więcej, Carion stanął też za kamerą nowej wersji. I żeby dopełnić serii nietypowych zdarzeń, oba filmy wchodzą do dystrybucji w Polsce w jednym czasie - pierwszy na platformę streamingową, drugi na ekrany kin.

"Mój synek"

W nastrojowym prologu bohater dostaje rozpaczliwy telefon od swojej eks, informujący go o zniknięciu ich siedmioletniego syna z zimowego obozu w górach. Na miejscu strach, ale i niepewność ojca tylko przybierają na sile. Porwanie, ucieczka, wypadek? Hipotezy się mnożą, policja zwyczajowo bezradnie rozkłada ręce, nowemu partnerowi byłej żony ewidentnie źle z oczu patrzy. Nasz protagonista musi zatem naprędce improwizować. A wraz z nim... aktor, który podobnie jak jego postać niczego nie kalkuluje, lecz daje się ponieść spontanicznym emocjom i sytuacjom. Dlaczego?

Można tu dorabiać ideologię o nowatorskiej metodzie, jednak prawda jest taka, że ową "zaaranżowaną improwizację" wymusiły okoliczności. Carion bardzo chciał bowiem ponownie współpracować ze swoim ulubieńcem Guillaume Canetem, z którym zrobił wcześniej m.in. nominowany do Oscara dramat wojenny "Boże Narodzenie" ("Joyeux Noël"). Problem w tym, że zapracowany aktor nie mógł się w pełni zaangażować w projekt. Reżyser wymyślił więc sposób na to, aby Canet nie musiał się uczyć roli i spędził na planie jedynie kilka dni.

Reklama
Guillaume Canet w filmie "Mój synek" / Materiały prasowe

Otóż gwiazdor jako jedyna osoba z ekipy nie otrzymał scenariusza, a wyłącznie zarys historii. Stąd też w każdej scenie reagował na rozwój wydarzeń w tym samym czasie, co jego bohater. Film zaś kręcono na dwa razy - najpierw z dublerem Caneta, tak aby dać wyobrażenie reszcie obsady, operatorom i oświetleniowcom, w jakim kierunku podążać potem "na gotowo", bez możliwości powtórek.

I tak dostajemy spektakl, w którym główny odtwórca zostaje dosłownie wrzucony w ciąg scen i usiłujący przewidywać w czasie rzeczywistym, co się będzie działo dalej. I być może skutkuje to pewnym dodatkowym napięciem, ale czy jakimś nadzwyczajnym realizmem? Canet jest cały czas skupiony, zbolały, na jego przystojnym obliczu maluje się desperacja - jednak nie odnosi się wrażenia, że są to rzeczy, jakich dobry aktor nie może po prostu zagrać. Nie widać wartości dodanej. Widać za to, że Carion to nie Fincher, który potrafi tak kontrolować tempo swoich thrillerów, że wytwarza nieprzerwany suspens, utrzymujący się nawet w momentach przestojów w akcji. Tu tego nie ma - co paradoksalnie wynika też z niekonwencjonalnej realizacji, niezaprzeczalnie pomagającej uzyskać naturalność dialogów, ale również przejawiającej się narracyjnym niezdyscyplinowaniem, mimo że całość trwa raptem nieco ponad 80 minut.

Reklama

Inna sprawa, że potencjał fabuły nie zostaje do końca wykorzystany. Pierwszy akt zapowiada raczej kameralny dramat psychologiczny rozpisany na eksmałżonków zmuszonych radzić sobie nie tylko z nagłą - bezpowrotną czy nie, to wciąż bolesną - utratą dziecka, ale i wyrzutami sumienia, i pobocznymi demonami. Tyle że postać kobieca, grana przez Mélanie Laurent, gwiazdę "Bękartów wojny" Tarantino, zostaje szybko zmarginalizowana, zaś tryb przełącza się na kino akcji na granicy prawdopodobieństwa. Obrazowo rzecz ujmując, wygląda to trochę tak, jakby Carion wyszedł od "Rzeki tajemnic", a skończył na "Uprowadzonej".

Ciągle jednak "Mój synek" pozostaje zupełnie przyzwoitym kryminałem, w duchu nie tyle francuskiej klasyki, ile skandynawskiej nowej szkoły. Choć to bynajmniej nie śnieżne scenerie mrożą tu najbardziej, szczególnie widzów na etapie rodziców kilkulatków.

Gdzie zobaczyć: Nowe Horyzonty VOD

"Mój syn"

Cztery lata po pierwowzorze reżyser powtórzył swój eksperyment. Oczywiście tym razem katalizatorem nie była niedostępność aktora, lecz możliwość sprzedania pomysłu na rynek anglosaski. Co ciekawe, metoda polegająca na tym, że gwiazdor wpada na plan, robi swoje i prędko się ulatnia, idealnie wpasowała się w czas pandemii.

Carion i Irrmann nieznacznie przerobili scenariusz, ale dostali większy budżet, co w widocznym stopniu podniosło walory produkcyjne filmu. W roli zdesperowanego ojca wystąpił James McAvoy, aktor lubiący wyzwania - by wspomnieć "Split" M. Nighta Shyamalana, gdzie wcielił się w mężczyznę o mnogiej osobowości. Z kolei rolę matki przyjęła Claire Foy, rozchwytywana po sukcesie serialu "The Crown".

James McAvoy w filmie "Mój syn" / BEST FILM

Opowieść przeniesiono z Francji do Szkocji, co okazało się strzałem w dziesiątkę. W oryginale dzika natura stanowiła wyłącznie nieprzyjazne tło, tutaj zaś rozległe przestrzenie jezior, klifów i zamglonych łąk mocniej działają na wyobraźnię, zdając się potęgować separację i udrękę postaci.

Rozbudowana zostaje też rola szefa policji odpowiedzialnego za śledztwo (Gary Lewis), który teraz wchodzi w bardziej napięte interakcje z bohaterem. Przede wszystkim zaś na znaczeniu zyskuje rola matki, zwłaszcza w ostatnim akcie. Co prawda postać grana przez Foy, mimo że dostaje więcej linijek dialogu niż we francuskiej wersji, nadal jest stosunkowo słabo rozwinięta, ale ma bezdyskusyjnie większą wagę. Tworzy to nową dynamikę między ekranową parą, tym bardziej że Foy i McAvoy zdają się świetnie rozumieć od pierwszej, efektownie zaimprowizowanej sceny.

Gwiazdą filmu jest jednak McAvoy, potrafiący naturalnie przechodzić od apatii do szaleństwa. To aktor nie tyle lepszy, ile obdarzony większym temperamentem niż Canet, co wzmaga emocjonalny wydźwięk scen.

Wszystko to składa się na film tylko dziesięć minut dłuższy od poprzednika, a mimo to bardziej przemyślany, ciekawszy aktorsko i wizualnie, lepiej trzymający w napięciu - nawet jeśli wtórny względem pierwowzoru i wciąż będący raczej wymagającym ćwiczeniem aktorskim niż wybitnym thrillerem.

Szkoda, że Carion nie pokusił się o zmianę nazbyt pospiesznego zakończenia - co skądinąd zaskakuje w kontekście medialnych wynurzeń McAvoya, który rzekomo nie miał pojęcia, dokąd zaprowadzi go fabuła. Wyobrażam sobie parodię spod znaku "Nagiej broni", w której ekranowy ojciec wpada na trop zaginionego syna poprzez... obejrzenie oryginalnego filmu.

Gdzie zobaczyć: w kinach