"Hazardzista"

Reklama

Zacznijmy od tego, że film burzy niejeden stereotyp gatunkowy. Na czele z tym, że choć akcja często rozgrywa się przy stole karcianym, nasz bohater, zawodowy hazardzista o pseudonimie William Tell (Oscar Isaac), jest zainteresowany nie tyle wygrywaniem, ile samą grą. "Jeśli nie dla pieniędzy, to po co w ogóle grać?", zostaje zapytany w pewnym momencie. "Dla zabicia czasu", odpowiada z pełnym przekonaniem.

Oryginalny tytuł "The Card Counter" to termin dobrze znany hazardzistom, który do dziś nie doczekał się polskiego odpowiednika. Odnosi się do tzw. card countingu, czyli formuły liczenia kart w blackjacku, polegającej na wnikliwej matematycznej analizie kart, aby wyliczyć prawdopodobieństwo wygranej. Card counting teoretycznie nie jest nielegalny, ale jeśli krupier lub inny nadzorca z ramienia kasyna zauważy, że gracz stosujący tę technikę wygrywa zbyt dużo pieniędzy, taki delikwent może być odeskortowany za drzwi bez możliwości powrotu. Stąd też Tell, mimo że statystycznie jest w stanie zyskać przewagę nad kasynem, robi skromne zakłady dające trochę gotówki, acz nie na tyle, by rzucać się w oczy.

Tell to samotnik przywiązany do rutyny i nocnego trybu życia, nękany demonami przeszłości. Wypisz, wymaluj postać z uniwersum scenarzysty i reżysera Paula Schradera, który od blisko pięciu dekad, niezależnie czy pisze dla innych, czy sam staje przed kamerą, pozostaje imponująco wierny grzesznikom szukającym odkupienia w świecie najwyraźniej opuszczonym przez Boga. Hazardzista ma za sobą mroczną wojskową przeszłość, jak grany przez Roberta Mitchuma bohater "Yakuzy" czy Travis Bickle z kultowego "Taksówkarza". Nieobce jest mu też załamanie, na poły nerwowe, niczym sanitariuszowi pogotowia z "Ciemnej strony miasta", na poły duchowe, jak pastorowi z "Pierwszego reformowanego". Jest również poniekąd zabawką w rękach innych, niczym tytułowy "Amerykański żigolak" - i jak on trafia za kratki wskutek lekkomyślności i zbytnej pewności siebie. Nade wszystko jednak Tell przypomina krążącego nocą po mieście dilera narkotykowego, który zaprzepaścił szansę na wielką miłość, czyli centralną postać "Marginesu życia", graną skądinąd przez Willema Dafoe, występującego w "Hazardziście" w epizodycznej roli majora Gordo.

Reklama

To właśnie Gordo był przełożonym Tella w niesławnej jednostce specjalizującej się w torturowaniu więźniów w irackim Abu Ghraib. Nazwiska są fikcyjne, ale już wydarzenia nie - bezpośrednio odnosząc się do jednego z największych skandali administracji George'a W. Busha, kiedy to nie tylko Ameryka doznała szoku po ujawnieniu zdjęć z Abu Ghraib. Widać było na nich zakapturzonych irackich więźniów, najczęściej nagich, zastraszanych, seksualnie upokarzanych, ciągnionych jak psy na smyczy. Domniemanych terrorystów podtapiano, rażono prądem, oddawano na nich mocz, gwałcono kijami od szczotek. Szeregowi żołnierze - jak Tell - zostali za to wszystko zdegradowani albo aresztowani, lecz ich zleceniodawcy uniknęli odpowiedzialności.

Reklama

Nic dziwnego, że "Hazardzista" ze swoim oskarżycielskim tonem wobec procederu mającego miejsce w trakcie rządów republikańskiego prezydenta znalazł się na liście ulubionych filmów roku Baracka Obamy. Zapewne z podobną satysfakcją Bush przyjąłby film o atakach amerykańskich dronów jako zbrodniach wojennych ery Obamy. Istotne jest jednak co innego: obraz Ameryki jako samozwańczego głównego moralisty świata, a zarazem kraju pogrążonego w degrengoladzie i szaleństwie. Być może od 11 września 2001 roku w stopniu większym niż kiedykolwiek wcześniej. I choć więzienia opodal Bagdadu fizycznie już nie ma, podobne praktyki nie skończyły się wraz z kadencją Busha. Przeciwnie - pod pewnymi względami spowszedniały, co jeszcze gorsze. Część ludzi przeszła do porządku dziennego z odczłowieczaniem rozmaitych "innych" i "obcych".

Schrader nie jest subtelny. Nigdy nie był. Mimo to jego pokiereszowani życiem bohaterowie fascynują, a metafory dają do myślenia. Jak ta wzięta ze skontrastowania stoickiego, wyobcowanego Tella z jego rywalem z kasyna, nieznośnie głośnym facetem o ksywie Mr USA, odzianym niczym wrestler w barwy amerykańskiej flagi, zawsze w towarzystwie ekipy potakiwaczy. Taki popisowy, deklaratywny "patriota", który żeby było śmieszniej, okazuje się Ukraińcem. I niejednokrotnie wygrywa z naszym bohaterem - tak jak puste symbole często dziś biorą górę nad prawdą czy sensem.

Można też czytać "Hazardzistę" w kluczu teologicznym, na co wskazywałyby niektóre tropy, jak ostatnia scena filmu bądź też postać demonicznego Gordo granego przez Dafoe - być może w przewrotnej opozycji do jego interpretacji Zbawiciela z "Ostatniego kuszenia Chrystusa"? Czy Gordo jest samym diabłem, rozkoszującym się najpierw torturami ciała, następnie zaś tymi stokroć dotkliwszymi, bo nieskończonymi - mękami duszy? Czy Abu Ghraib było tylko przedsionkiem piekła? W scenach retrospekcji z irackiej katowni reżyser używa szerokokątnych obiektywów, celowo zniekształcających obraz i tym samym odzwierciedlających również wypaczenie moralne.

Zasadniczo jednak Schrader wykazuje się charakterystyczną dla siebie powściągliwością, prowadząc narrację niespiesznie w duchu neo-noir, budując napięcie poprzez stylowe zdjęcia Alexandra Dynana, oszczędną scenografię Ashley Fenton, pulsującą muzykę Roberta Levona Beena.

Niemniej największym atutem wydaje się aktorstwo. Rozchwytywany ostatnio Oscar Isaac ("Diuna", "Sceny z życia małżeńskiego", Marvelowski "Moon Knight" w post-produkcji) zdążył nas już przyzwyczaić do swojego firmowego stoicyzmu, beznamiętności - jako maski, pod którą aż się gotuje. To kolejna świetna kreacja w dorobku aktora - nawet jeśli przewidywalnie trafiona w punkt, zgodnie z castingiem "po warunkach".

Prawdziwą niespodzianką jest za to występ Tiffany Haddish w roli tajemniczej La Lindy, w której standardowo Hollywood widziałoby raczej klasyczną białą piękność, nie afroamerykańską aktorkę komediową, w dodatku o powierzchowności dalekiej od urody Naomi Campbell. To nie tylko zaskakujące, ale i zupełnie przekonujące wcielenie, zagrane wbrew krzykliwemu emploi Haddish - choć sama postać pozostaje niesatysfakcjonująco zgłębiona. Sytuacja z nią jest trochę jak z niezwykle romantyczną sceną spaceru bohaterów po bajecznie oświetlonym Ogrodzie Botanicznym w Missouri - rozświetla ten ponury świat intensywnie, ale chwilowo. Chcielibyśmy więcej, przy czym musimy sobie zdawać sprawę, że już same przebłyski nadziei u kogoś takiego jak Paul Schrader to wcale nie jest mało.

Gdzie zobaczyć: w kinach