"Córka"

Reklama

Maggie Gyllenhaal przez lata stworzyła szereg znakomitych ról w takich filmach jak "Sekretarka", "Szalone serce", "Histeria" czy "Przedszkolanka". Często jednak branża nie miała na nią pomysłu, czyniąc "aktorką drugiego wyboru" - zastąpiła Katie Holmes w roli ukochanej Batmana w "Mrocznym Rycerzu", przyjęła rolę "obiektu uczuć" w sequelu hitu familijnego, "Niani i wielkim bum". Zawsze jakby o krok od bycia gwiazdą, ale i z nazwiskiem-marką nie tylko dzięki popularniejszemu bratu.

Traf chciał, że aktorka grała akurat reżyserkę filmów porno w kapitalnym skądinąd serialu "Kroniki Times Square" ("The Deuce"), kiedy nadarzyła się okazja zupełnie niepozorowanego stanięcia za kamerą. Jakiś czas wcześniej Gyllenhaal nabyła bowiem prawa do ekranizacji powieści Eleny Ferrante o macierzyństwie, depresji i trudnych wyborach życiowych. Początkowo miała poprzestać na scenariuszu, ewentualnie głównej roli; grywała już wszak matki z problemami - choćby w "Sherry" czy "Bez kompromisów". Ostatecznie postanowiła reżyserować własny tekst, ale już nie siebie.

W swojej adaptacji Gyllenhaal celowo zrezygnowała z eksploracji włoskich różnic klasowych, uniwersalizując problem niechcianego macierzyństwa. Akcja książki rozgrywa się w nadmorskiej wiosce opodal Neapolu, film zaś miał się toczyć na półwyspie Cape Cod w Nowej Anglii, ale tu nastąpiła kolejna zmiana, tym razem wskutek pandemii, i produkcja przeniosła się na grecką wyspę Spetses. Tak czy inaczej, temperamentną neapolitańską "la familię" zastąpili hałaśliwi amerykańscy turyści, natomiast bohaterka co prawda zachowała profesorską profesję, lecz przedzierzgnęła się w Brytyjkę pochodzącą z Leeds, a obecnie zamieszkałą w Cambridge pod Bostonem.

Reklama

Od pierwszych minut kamera uważnie śledzi dobiegającą pięćdziesiątki Ledę (Olivia Colman) na wakacjach w Grecji. Jednak zamiast folderowych krajobrazów operatorka Hélène Louvart, podobnie jak wcześniej w "Szczęśliwym Lazzaro" czy "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze", pokazuje nam nerwowe interakcje w ciasnych kadrach. Natrętni miejscowi, paplające trzy po trzy plażowiczki i głośna młodzież irytują Ledę na każdym kroku: na leżaku, przy barze, w kinie. Mikroagresje składają się na swoiste antywakacje - czas pełen stresu, wysilonych uprzejmości, przemykania chyłkiem i unikania kogo się da. Może za wyjątkiem intrygującej Niny (Dakota Johnson), młodej matki niesfornej dziewczynki, coraz bardziej dokazującej.

Obserwacja rosnącej frustracji Niny jest dla Ledy okazją do wspomnień własnej młodości, kiedy to jako ambitna tłumaczka Dantego, mentalna potomkini Nory z "Domu lalki" Ibsena (notabene, lalka odgrywa także w "Córce" kluczową rolą), opuściła swoje dwie córeczki i męża na rzecz kariery uniwersyteckiej i starszego kochanka, gwiazdy świata wykładowców (w tej roli Peter Sarsgaard, prywatnie mąż Gyllenhaal). Jest w tym aspekcie w filmie mocno niekomfortowa scena - zresztą jedna z wielu - w której młoda Leda (Jessie Buckley) na placu zabaw macha do córek, a w tym samym czasie wymienia sprośności przez telefon. Co za lubieżnica! Egocentryczka! Wyrodna matka! Czujecie to wzmożenie moralne? A przecież stąd do porzucenia dziecka jeszcze bardzo daleko.

Reklama

Szkopuł w tym, że Leda nie jest złą matką. Przynajmniej nie przez cały czas. Jest raczej jedną z tych kobiet, które nawet jeśli szczerze cieszą się z ciąży, to nie wpadają z jej powodu w ekstazę. Nie zaglądają na ulicy do wózków z niemowlętami, nie wzruszają się widokiem każdego jednego noworodka. Bywają za to przytłoczone wymaganiami swoich dzieci. Próbują znaleźć złoty środek między poświęceniem dla latorośli a realizacją własnych pragnień. Tylko czy on w ogóle istnieje?

W retrospektywnych scenach "Córki" reżyserka chwyta również chwile radości z macierzyństwa, jak powtarzający się rytuał obierania pomarańczy. Są też momenty, które wychodzą od nieskrępowanej zabawy, a kończą się nastrojem zgoła odmiennym - jak wtedy, gdy córka zaczyna dla wygłupu uderzać Ledę w głowę, gdy ta pracuje nad tłumaczeniem. Wyprowadzona z równowagi matka wreszcie wywleka dziecko do drugiego pokoju, po czym trzaska przeszklonymi drzwiami z taką siłą, że tłucze szybę. Życie.

Jak na debiut przystało, dramatowi - dokładnie jak jego bohaterce - daleko do doskonałości. Owszem, Leda frapuje w obu wydaniach (nieprzypadkowo trzy nominacje do Oscara to wyróżnienia dla Colman i Buckley za role tej samej postaci oraz dla Gyllenhaal za scenariusz, ergo: studium tejże postaci), wyróżnia się też bezbłędny montaż Affonsa Gonçalvesa ("Carol", "Paterson", serialowy "Detektyw"), zdający się podążać krok w krok za myślami bohaterki, i niepokojąca muzyka Dickona Hinchliffe'a ("Zatrzyj ślady", "Peaky Blinders"), w dużej mierze odpowiedzialna za utrzymujące się napięcie rodem z thrillera. Mimo to relacje Ledy z Niną nie osiągają spodziewanej dramaturgii, zwłaszcza w finale. Pytanie, czy to aby na pewno wada w filmie mówiącym właśnie o niespełnieniu jako czymś naturalnym?

Bo okej - można by jeszcze długo powielać argumenty recenzentów chwalących "Córkę" za niemałą odwagę w konfrontacji ze stereotypem, silnie zakorzenionym również w kinie, o rodzicielstwie jako najwspanialszej rzeczy w życiu każdego człowieka, a kobiety w szczególności. Tak, to rzucenie wyzwania hollywoodzkim trendom stanowi niewątpliwie atut filmu, abstrahując już nawet od jego walorów artystycznych. Ale chciałbym zamiast tego zwrócić uwagę na coś, o czym się nie mówi: jak dużo jest w "Córce" uciętych wątków, postaci, ścieżek narracyjnych.

Na horyzoncie majaczy niejeden potencjalny romans wakacyjny Ledy - ze starszym właścicielem pensjonatu (Ed Harris), z młodym Irlandczykiem (Paul Mescal z "Normalnych ludzi"). Ktoś sugeruje, że roszczeniowa rodzina z plaży to w większości niebezpieczne osoby, być może gangsterzy. Ale to nigdy nie zostaje dopowiedziane.

Ciekawe, że zazwyczaj krytycy robią zarzuty z powodu takich porzuconych, niedomkniętych motywów. I to w znacznie mniejszym natężeniu. Tu jednak nie wydaje się to nikomu wadzić. W sytuacji, proszę zwrócić uwagę, kiedy już nie tylko intrygi poboczne, ale i główny temat - brak instynktu macierzyńskiego i porzucenie dzieci - nie znajduje zwieńczenia. Bo przecież bohaterka dręczona wyrzutami sumienia - tudzież presją społeczną - w końcu wraca. I podejmuje swoje matczyne obowiązki. Ale czy ich dopełnia?

Dla mnie "Córka" jest filmem przede wszystkim o tym, że całe nasze życie to zawsze niedokończony wątek - i nijak nie da się temu zaradzić.

Gdzie zobaczyć: w kinach