"Lingui"

Reklama

W swoim wybitnym eseju "Wszyscy powinniśmy być feministami" nigeryjska pisarka Chimamanda Ngozi Adichie zauważała, że nacisk na feminizm jest potrzebny dlatego, że skupianie się wyłącznie na ogólnych "prawach człowieka" powoduje odrzucenie problemów ściśle związanych z płcią kulturową. "Byłoby to w pewnym stopniu udawanie, że to nie kobiety są od wieków wykluczane", argumentowała z właściwą sobie prostotą autorka wychowana w konserwatywnym społeczeństwie.

Czadyjski reżyser Mahamat-Saleh Haroun z reguły koncentruje się właśnie na szeroko rozumianych prawach człowieka, lecz bohaterami czyni głównie mężczyzn. "Lingui" jest jego najbardziej feministycznym filmem i dopiero drugim w ogóle poświęconym kobiecej perspektywie, po krótkometrażowym debiucie "Maral Tanié" (1994) o nastolatce przymuszanej do poślubienia pięćdziesięciolatka.

W "Lingui" też mamy dramat nieletniej dziewczyny. Gdzieś na peryferiach stolicy Czadu, Ndżameny, 15-letnia Maria (Rihane Khalil Alio) zachodzi w niechcianą ciążę. Momentalnie wyrzucona ze szkoły i napiętnowana przez teokratyczną społeczność, bohaterka może liczyć jedynie na wsparcie swojej samotnej matki Aminy (rewelacyjna Achouackh Abakar Souleymane), która doskonale rozumie, jak to jest być odrzuconą z powodu nieślubnego dziecka.

Reklama

Status społeczny Aminy jest poniekąd powodem, dla którego Maria zamierza poddać się nielegalnej aborcji. "Nie chcę być taka jak ty, mamo", mówi. "Wszyscy myślą, że jesteś rozwiązła. Nikt cię nie szanuje. Nie chcę takiego życia". Brutalnie szczere słowa, jak tylko dziecko potrafi, nie mają w zamierzeniu ranić. Są wołaniem o pomoc. I choć praktykująca muzułmanka Amina w pierwszej chwili wpada w panikę, zaraz potem zawiązuje bezwarunkowe przymierze z córką. Jako matka i jako kobieta.

Czadyjskie słowo "lingui" oznacza właśnie niewidzialne więzi międzyludzkie. Na rynku zachodnim film opatrzony jest nawet podtytułem "Święte więzi". W kontekście opowieści Harouna to nic innego jak sojusz stanowiący odpowiednik siostrzeństwa, ruchu oporu przeciw uciskowi.

Jest coś odświeżającego w tym, że w afrykańskim filmie podejmującym tak ciężkie tematy nie ma nic z pornografii biedy. Zamiast tego obserwujemy afirmację kobiecej solidarności. I chodzi nie tylko o dwie protagonistki, ale o całą sieć dyskretnego porozumienia, obejmującą kobiety spokrewnione i obce, jak siostra Aminy stająca przed problemem obrzezania kilkuletniej córki czy pielęgniarka odmawiająca przyjęcia zapłaty za aborcję.

Symptomatyczne, że zło jest w "Lingui" banalne. Rutynowe. Systemowe. Wypływające z tradycji - tej samej, o której Adichie pisała w swoim eseju, że również powinna podlegać ewolucji, bowiem bezkrytyczne powtarzanie nigdy nie stanowi wartości samej w sobie.

Film charakteryzuje się sporym autentyzmem, wynikającym z dokumentalnego doświadczenia reżysera, jego umiejętności obserwacji i prowadzenia aktorskich naturszczyczek. Zarazem zdjęcia autorstwa Mathieu Giombiniego zachwycają żywą paletą barw, wzornictwo kostiumów też robi swoje, niektóre kadry są wręcz malarsko piękne - acz nieprzeestetyzowane, nie przykrywają treści. Czad.

Gdzie zobaczyć: w kinach