"Ballada o białej krowie"

Reklama

Film małżeństwa Maryam Moghaddam i Behtasha Sanaeehy mógłby przy pomniejszeniu metrażu i kosmetycznych zmianach fabularnych wejść w skład czteroczęściowego dzieła Mohammada Rasoulofa "Zło nie istnieje", które tu niedawno polecałem. "Ballada..." po części przypomina "Czekając na wyrok" Marka Forstera z oscarową rolą Halle Berry, a po części właśnie jedną z nowelek "Zła...", mówiącą o wyrzutach sumienia kata, który uzmysławia sobie, że pozbawił życia niewinnego człowieka.

Metaforę losu takiego nieszczęśnika stanowi tytułowa biała krowa, odnosząca się do jednej z sur Koranu i spinająca poetycką klamrą obraz surowy, chłodny, utrzymany w duchu irańskiego neorealizmu.

Współreżyserka i współscenarzystka Moghaddam osobiście wciela się w Minę, pracowniczkę linii produkcyjnej w mleczarni i wdowę po Babaku straconym za zbrodnię, której nie popełnił. Bohaterka za wszelką cenę próbuje dociec sprawiedliwości, mimo że na każdym kroku napotyka opór ze strony patriarchalnego systemu. Nie tylko w sądzie ("Skoro organ orzekający jednogłośnie wydał taki a nie inny wyrok, widocznie taka była wola boska", słyszy zrozpaczona kobieta), ale też w rodzinie męża - teść bez skrupułów wyciąga rękę po odszkodowanie po zmarłym przyznane przez władze.

Reklama

Mina musi zatem sobie jednocześnie radzić z niepowetowaną stratą i żałobą, jak i ekonomicznym i społecznym wykluczeniem - jako wdowa, lecz przede wszystkim samotna matka, obciążona w dodatku głuchotą córki Bity. Nic więc dziwnego, że stosunkowo szybko otwiera się na potencjalny związek z pomocnym Rezą, przedstawiającym się jako stary znajomy Babaka.

Skonfliktowany z dorosłym synem Reza zmaga się z własnymi demonami i nie dopuszcza Miny do swego największego sekretu - do którego my, widzowie, mamy dostęp. Ale i Mina skrywa przed córką ponurą tajemnicę. Sporo napięcia w dość statycznym filmie bierze się właśnie ze zgadywania, jak długo poszczególni bohaterowie będą zwodzić innych.

Podobnie jak Rasoulof, twórcy "Ballady..." ostrze krytyki wymierzają nie w kierunku konkretnych jednostek, lecz nieludzkiego systemu - prawnego, jak i państwowego w ogóle. W autorytaryzmie wygranych nie ma po żadnej ze stron. Cóż pozostaje? Wiara w kino zmieniające świat na lepsze, zdają się mówić Moghaddam i Sanaeeha. Ta sama wiara, która każe Rasoulofowi, jak i wielu innym twórcom z republik islamskich, wciąż chwytać za kamerę, mimo prześladowań ze strony reżimu.

W "Balladzie..." Bita, małoletnia kinomanka, która nie słyszy, zatem jest zmuszona "myśleć obrazami", ogląda klasyczną "Małą księżniczkę" z Shirley Temple, opowieść o dziewczynce, której ojciec zostaje uznany za zmarłego na wojnie. To ładny zabieg intertekstualny, ale jeszcze bardziej symboliczne jest samo imię Bity, nazwanej tak na cześć tytułowej bohaterki przedrewolucyjnego filmu irańskiego z Googoosh, ikoniczną gwiazdą czasów kobiecych swobód przed rządami ajatollahów. Czy te czasy jeszcze kiedykolwiek powrócą? Nikt nie zna odpowiedzi, natomiast zawsze jest dobry czas, by upomnieć się o prawo kobiet do samostanowienia.

Gdzie zobaczyć: w kinach