"Zło nie istnieje"

Reklama

Jest w filmie Rasoulofa znaczący moment, w której jedna z postaci przekonuje drugą: Twoja siła polega na mówieniu "nie". To scena istotna w kontekście tego konkretnego obrazu, ale także swego rodzaju wizytówka całej twórczości reżysera prześladowanego przez władzę od dobrej dekady.

Zaledwie kilka dni po berlińskim sukcesie Rasoulof został skazany na rok więzienia za rzekome szerzenie "antyrządowej propagandy" w poprzednim filmie o jakże znamiennym tytule "Uczciwy człowiek". Za kratki twórca nie trafił do tej pory, w czym niemały udział miała pandemia. Niemniej od lat w mocy pozostają nałożone na niepokornego autora zakazy opuszczania kraju i kręcenia filmów.

Ta ostatnia restrykcja tłumaczy, dlaczego "Zło nie istnieje" ma formę antologii. Otóż chodzi nie tyle o decyzję artystyczną, ile o fakt, że łatwiej było utrzymać w sekrecie tworzenie czterech krótkometrażówek niż jednej dużej produkcji. Czy widz na tym traci? Wręcz przeciwnie - otrzymuje cztery znakomite filmy zamiast jednego. Można mieć jedynie quasi-zastrzeżenie, że skoro pierwszy epizod jest tak mocny i zaskakujący, że kulminacja dosłownie zapiera dech, kolejne miniatury siłą rzeczy nie mogą już w takim stopniu uśpić czujności widza. W efekcie zwroty akcji dają się przewidzieć z coraz większym wyprzedzeniem.

Nowele są powiązane tematycznie i dotyczą kary śmierci, która w Iranie grozi obywatelom za przestępstwa zarówno stricte kryminalne, jak i obyczajowe czy religijne; orzecznictwo jest skrajnie nieostre. Stąd też każda opowieść bada zagadnienie pod nieco innym kątem. Wśród bohaterów są wojskowi i cywile, rodziny i osoby samotne, mieszczanie i prowincjusze. Niektórzy podporządkowują się systemowi, inni się opierają, wszyscy stają przed dramatycznymi wyborami, nierzadko rzutującymi na przyszłości całych pokoleń.

Historie różnią się też tonalnie: tragikomedia, thriller, melodramat. Przy czym w przeciwieństwie do kina zachodniego, skoncentrowanego na optyce skazańców, Rasoulofa interesują kaci, egzekutorzy - nie tylko zawodowi, bowiem w kraju ajatollahów często werbowani pod przymusem spośród młodych mężczyzn odbywających obowiązkową służbę wojskową. Ale młodsi czy starsi - zasadniczo to zupełnie zwyczajni ludzie. Kochają, snują plany, robią obiady, odbierają dzieci ze szkoły i użerają się z biurokracją w bankach.

Skądinąd inspiracji do filmu dostarczyła reżyserowi właśnie taka codzienna sytuacja z udziałem - ot, złośliwość losu - jednego z jego dawnych prześladowców. "W zeszłym roku, kiedy przechodziłem przez ulicę w Teheranie, zauważyłem faceta, który niegdyś mnie przesłuchiwał. Nagle doznałem nieopisanego uczucia. Bez wiedzy tego mężczyzny szedłem za nim przez jakiś czas. Przez dziesięć lat trochę się postarzał. Chciałem zrobić mu zdjęcie, chciałem podbiec do niego, ujawnić się i ze złością wykrzyczeć mu prosto w twarz wszystkie moje żale. Ale kiedy tak przyglądałem mu się uważnie, obserwowałem go w trakcie prozaicznych czynności, nie byłem w stanie zobaczyć potwora", wspominał Rasoulof.

Przytoczona anegdota ładnie wpisuje się w ideę filmu, który oskarża system, lecz nigdy nie potępia jednostek. Podobnie jak Kieślowski w "Krótkim filmie o zabijaniu", Irańczyk nie próbuje być sędzią i zadowala się pozycją empatycznego obserwatora. Stawia pytania etyczne, ale nie stawia się w roli pierwszego moralisty. "Zło nie istnieje" nie ma w sobie nic z dętego traktatu egzystencjalnego, to raczej skromna i szlachetna refleksja nad przyziemnością śmierci, banalnością zła. Mały wielki film. Czy też cztery.

Gdzie zobaczyć: w kinach