"Sprzątaczka"

Reklama

W jednym z odcinków bohaterka Alex Russell, młoda samotna matka, próbując dociec przyczyny choroby trzyletniej córki, zdrapuje tynk, pod którym ukazuje się grzyb. Analogiczną scenę mogliśmy oglądać niedawno w znakomitym serialu grozy "Oni", kiedy to antagonistka Betty Wendell odkrywała pleśń pod warstwą tapety. Różnica polega na tym, że akcja tamtej opowieści rozgrywała się na nowobogackich przedmieściach, natomiast Alex reprezentuje biedotę zamieszkującą tanie speluny, motele lub kampery. Niemniej metafora pozostaje ta sama: przegniłe są nie tylko domy, ale i charaktery ich mieszkańców.

Alex poznajemy w momencie, gdy z małą Maddy na rękach po cichu wykrada się z domu. Kilka godzin wcześniej jej nadużywający alkoholu partner Sean wybił dziurę w ścianie tuż obok głowy Alex i dziewczyna nie chce być następna. To świetne otwarcie; zostajemy wrzuceni w sam środek akcji i od razu udziela nam się strach bohaterki przed eskalacją przemocy. Szybko okazuje się też, że Alex trafia z deszczu pod rynnę - biurokratyczne problemy tylko się piętrzą, widmo bezdomności staje się coraz bardziej realne po nocach spędzonych z córką w samochodzie lub na podłodze terminalu promowego.

Obserwujemy bolesne i gwałtowne wybudzenie z amerykańskiego snu. Rewelacyjnie odgrywa to Margaret Qualley, najbardziej dotąd znana z roli hipisowskiej lolity w "Pewnego razu w Hollywood". Ale u Tarantino to był co najwyżej rozbudowany epizod, zaś tu młoda aktorka ma okazję rozwinąć skrzydła. I jest znakomita od początku do końca, pokazując po drodze całą paletę emocji. Niepewność, rozgoryczenie, załamanie, brak perspektyw. A z drugiej strony - małe radości, determinację, nadzieję. To bardzo realistyczna postać, także dlatego, że doskonale napisana. Kiedy już-już wydaje się zbyt przewidywalna w swej szlachetności, skoncentrowana wyłącznie na dobru dziecka, odzywa się w niej spontaniczny egocentryzm, kobiecość przytłumiona przez instynkt macierzyński. Alex bywa irytująca, lekkomyślna, podejmuje krótkowzroczne, nieracjonalne decyzje. Jak w życiu.

W serialu w ogóle nie ma miejsca na nieznośne karykatury rodem z "Elegii dla bidoków". Bodaj najbliżej przesady jest szarżująca w roli wyzwolonej artystki Andie MacDowell, prawdziwa i ekranowa matka Margaret Qualley. Manieryczność postaci Pauli zostaje jednak usprawiedliwiona chorobą afektywną dwubiegunową. I nawet można to kupić, mimo że zdecydowanie bardziej błyszczy w "Sprzątaczce" młode pokolenie, w tym również obdarzony chłopięcą urodą i pewną niewinnością Nick Robinson ("Twój Simon"), zdumiewająco wiarygodny jako impulsywny alkoholik. A przy tym uczłowieczający i niuansujący archetyp "białego śmiecia". Sean zmaga się z własną traumą i podobnie jak Alex tkwi w zaklętym kręgu przemocy. Daleko mu do potwora, psychopaty. To raczej dzieciak niedojrzały do roli ojca. Pytanie tylko, czy to coś zmienia w kontekście jego toksycznego wpływu na partnerkę i córkę?

Reklama

Cóż za odświeżająca odmiana! Przecież zazwyczaj na ekranie ofiary przemocy domowej są maltretowane, gwałcone, przeżywają piekło nie do opisania. Tak jakby na współczucie zasługiwały wyłącznie skrajne przypadki, wyłącznie ofiary przemocy fizycznej. Tak jakby musiały być widoczne ślady, żeby sprawca zasłużył na potępienie.

Również w Polsce mamy problem z definiowaniem różnych form przemocy, z przyznawaniem, że przemoc fizyczna wcale nie jest głównym czynnikiem powodującym poczucie zagrożenia, nie jest najczęściej wykorzystywaną metodą szykanowania innych. Złamania się goją, siniaki znikają. Najgorsza jest przemoc emocjonalna, którą trudno udowodnić. I o tym także mówi "Sprzątaczka".

Co więcej, równie zajmująco serial opowiada o przemocy ekonomicznej, instytucjonalnej. Niewątpliwym walorem poznawczym jest wgląd w funkcjonowanie amerykańskich przytułków dla samotnych matek i ofiar przemocy domowej. Frapująco ukazane są paradoksy systemu: bohaterka potrzebuje pracy, aby dostać mieszkanie, ale nie może znaleźć pracy bez... dowodu zamieszkania.

Jest też Regina (Anika Noni Rose), arogancka afroamerykańska prawniczka, u której Alex sprząta. Regina jest figurą rodem z "Wielkich kłamstewek": pozornie ma wszystko, ale za fasadą idealnego życia kryje się przeraźliwa pustka. Nieczęsto widujemy na ekranie białą biedotę usługującą bogatym czarnym - i nawet jeśli to tylko wątek poboczny, to całkiem sugestywnie przełamuje stereotypy. I obrazuje niejako mimochodem, że tak jak przemoc nie zna pozycji społecznej, tak bieda nie zna rasy.

"Sprzątaczka" nie jest bynajmniej serialem idealnym, wolnym od uproszczeń, zbędnych wątków, drażniącej powtarzalności niektórych rozwiązań narracyjnych - ot, choćby załączania melancholijnej piosenki indie-popowej za każdym razem, gdy bohaterka znajduje się na życiowym zakręcie (a znajduje się często). Dziesięć godzinnych odcinków dałoby się skondensować do siedmiu-ośmiu bez straty dla fabuły, za to z korzyścią dla widza.

Dramaturgii z pewnością nie pomaga, że od początku wiadomo, że Alex musi wreszcie wyrwać się z biedy, wszak oglądamy historię inspirowaną wspomnieniami Stephanie Lard, które trafiły na listę bestsellerów "New York Timesa". Choć jednak względny happy end jest nieunikniony, wciąż zostawia on gorzki posmak. Coś jakby pleśń.

Gdzie zobaczyć: Netflix