"Ile warte jest ludzkie życie?"

Reklama

Z okazji 20. rocznicy zamachów z 11 września w ofercie platform streamingowych zaroiło się od nowych dokumentów i fabuł nawiązujących do dnia, który zmienił świat. Jednym z takich filmów jest wyprodukowana przez Michelle i Baracka Obamów ekranizacja wspomnień "What Is Life Worth?" Kennetha Feinberga.

Uznany prawnik i mediator Feinberg (Michael Keaton) był jedną z pierwszych osób, do jakich zwrócił się Kongres zaniepokojony perspektywą lawiny procesów mogących poważnie zaszkodzić gospodarce po atakach terrorystycznych na World Trade Center i Pentagon w 2001 roku. Feinberg i szefowa działu operacyjnego jego firmy Camille Biros (Amy Ryan) dostali zadanie namówienia przynajmniej 80 procent krewnych ofiar do odstąpienia od pozwów w kierunku rządu i linii lotniczych w zamian za kwotę wolną od podatku. Jaką kwotę? To właśnie stanowiło istotę problemu, z którym Feinberg obiecał sobie poradzić za pomocą cokolwiek kontrowersyjnych metod algorytmicznych. Oczywiście z góry było wiadomo, że bliskich pomywacza i prezesa nie usatysfakcjonuje ta sama suma, zatem prawnik musiał działać trochę jak firma ubezpieczeniowa, tyle że post factum – uzyskując wartość liczbową na podstawie wieku, dochodów i pozycji społecznej denata.

Jak więc nietrudno się domyślić, film roztrząsa tytułowe zagadnienie (również z oryginalnego tytułu, mniej obcesowego "Worth"), poddając pod refleksję odwieczny dylemat między pragmatyzmem a współczuciem. Tę drugą postawę reprezentuje społecznik Charles Wolf (Stanley Tucci), który w zamachu na WTC stracił żonę i teraz żąda uznania podmiotowości ofiar. Bowiem choć wszyscy jesteśmy w pewnym sensie cyframi - peselami, rachunkami bankowymi, numerami faktur itd. - nikt nie lubi o tym słuchać, tym bardziej w obliczu tragedii i de facto nieobliczalnej straty.

Dla Wolfa jest to od początku jasne, natomiast Feinberg musi się tego dopiero nauczyć, stopniowo wyzbywając się cynizmu na rzecz empatii. Przy czym prawnik na żadnym etapie nie jest czarnym charakterem - jest po prostu dość stereotypowym "białym kołnierzykiem", snobistycznym fanem Pucciniego poświęcającym rodzinę na ołtarzu pracy. Stąd też sprawę Funduszu Odszkodowań dla Ofiar 11 Września traktuje jako największe wyzwanie w karierze. Nie bez przyczyny - powodzenia życzy mu telefonicznie sam prezydent Bush, przy czym życzy dość cierpko, jako że Feinberg to demokrata. Co republikanom - sugeruje film - było nawet na rękę, gdyż w razie ewentualnej porażki mieli na kogo zrzucić winę.

Reklama

Trzeba przyznać, że fabuła przedstawia całą kwestię pt. "gdzie kończy się tabela, a zaczyna człowiek" w tyleż frapujący, ile przewidywalny sposób. Dialogi bywają błyskotliwe, ale częściej są moralizatorskie i ciężkie, tak jakby scenarzysta Max Borenstein nie potrafił się na dobre otrząsnąć z tego, że wcześniej pisał głównie "dla" Godzilli i King Konga.

Film nie porywa też wizualnie, stojąc gdzieś w rozkroku pomiędzy surowym realizmem wybitnego "Lotu 93" a łzawym patosem nieznośnego "World Trade Center". Posępnie zielona tonacja obrazu, charakterystyczna dla skądinąd utalentowanej reżyserki Sary Colangelo ("Drobne wypadki", "Przedszkolanka"), wyraźnie ma nadać tutaj bardziej artystycznego charakteru, lecz niestety nie niweluje beznamiętnej "telewizyjności".

Skojarzenia z oscarowym "Spotlight" są nieodzowne - nie tylko poprzez obecność Keatona i Tucciego w głównych rolach, ale również przez samą strukturę fabuły, skoncentrowaną na procedurach, nie historiach ofiar. Być może właśnie dlatego "Ile warte jest ludzkie życie?" nie działa emocjonalnie tak mocno, jak mogłoby, gdyby ciężar fabularny przenieść z ludzi zajmujących się odszkodowaniami na tych, którym owe rekompensaty przysługiwały. To tam rozgrywały się prawdziwe dramaty - o czym świadczą poboczne wątki wdowy po bohaterskim strażaku prowadzącym podwójne życie oraz geja, który stracił partnera w zamachu, ale nie ma szans na odszkodowanie z uwagi na ówczesne prawo. Te wątki są tu najciekawsze, a mimo to potraktowane po macoszemu, bo w końcu stanowią jedynie wytrychy do moralnej przemiany Feinberga.

Ostatecznie otrzymujemy film bezbłędnie zagrany, ważny poznawczo, miejscami bardzo interesujący, ale nie do końca spełniony. Jak na ironię dlatego, że zbyt pragmatyczny i zachowawczy w formie i treści, problematycznie lokujący sympatie, stworzony jakby bardziej przez algorytm niż przez człowieka.

Gdzie zobaczyć: Netflix