"Man Made"

Reklama

Kulturystyka sama w sobie stanowi bardzo interesujące zjawisko. Żaden inny sport nie opiera się w takim stopniu na kulcie męskiego ciała. Faceci podziwiają piękno facetów. Ale o skądinąd oczywistym homoerotycznym aspekcie swojej ukochanej dyscypliny rozmawiają już niechętnie. Bo to niemęskie. A "prawdziwa" kulturystyka musi być męska nawet wówczas, gdy jest kobieca. Stąd też kulturystki funkcjonują w społeczeństwie jako nieatrakcyjne "babochłopy". Mięśnie zarezerwowano dla mężczyzn.

W swoim dokumentalnym debiucie T Cooper dodaje do tego wszystkiego aspekt transpłciowości, analizując ją samą oraz jej zderzenie ze światem kulturystyki właśnie pod kątem opozycji "męskie-niemęskie".

Film śledzi losy czterech transpłciowych mężczyzn, którzy przygotowują się do rywalizacji na Trans FitConie w Atlancie, jedynych na świecie zawodach kulturystycznych ukierunkowanych na osoby trans. Bohaterów dzieli status społeczny i materialny, wiek, rasa, wykształcenie, priorytety, styl życia. Łączą zbliżone, podszyte strachem doświadczenia, ale i nadzieja na lepszą przyszłość. Oraz, oczywiście, pasja do kulturystyki. Pasja tym bardziej godna podziwu, że wymagająca dodatkowego wysiłku od ludzi, dla których przetrwanie każdego kolejnego dnia jest już wyzwaniem.

Zarazem, choć wszystkie historie mają punkt wspólny, każda dotyka innego zagadnienia i przynosi różne refleksje. Dominic to młody raper latynoskiego pochodzenia. Opowiada cierpką anegdotę, że jako kobieta wyróżniał się techniką rymowania, natomiast jako mężczyzna jest już jednym z wielu. Towarzyszymy mu podczas pierwszego spotkania z biologiczną matką oraz w trakcie zabiegu podwójnej mastektomii. Dwa intymne, przełomowe momenty, sfilmowane z imponującym wyczuciem. Łatwo tu można było popaść w tabloidyzację tematu lub tani sentymentalizm, ale reżyser, sam będący transmężczyzną, unika takich pułapek. Czuć, że zdobył zaufanie swoich bohaterów, którzy nie wahają się przed nim w pełni otworzyć.

Owszem, niektórym bywa trudniej niż Dominikowi. Na przykład 40-letni Mason jest dużo mniej pewny siebie. Choć i tak już bardziej niż przed dwudziestoma laty, kiedy to wyoutował się publicznie w programie Ellen DeGeneres. Dziś nie myśli już o samobójstwie, ma wsparcie uroczej żony i równie ujmującej teściowej. Jest świetnie zbudowany, z niewielką warstwą tkanki tłuszczowej. Ze wszystkich czterech głównych postaci filmu to on w największym stopniu fizycznie przypomina mężczyznę. Stąd też pozostaje jednym z nielicznych transów biorących udział także w mainstreamowych zawodach kulturystycznych. Nie znaczy to, że chętnie się na nich ujawnia, po tym jak z powodu swej transpłciowości został zdyskwalifikowany przez organizatorów lokalnego konkursu.

Reklama

Kolejnym bohaterem jest trzydziestoparoletni Afroamerykanin Rese, odrzucony przez Kościół i matkę, opiekujący się 5-letnim synem, którego urodził przed tranzycją. Rese jest bezdomny, ale pomocy nie znajduje nawet w schronisku, które nie wie, czy umieścić go z mężczyznami, czy z kobietami. W efekcie nieborak dostaje więc "batona, pomarańczę i życzenia powodzenia". Jednak szczęście uśmiecha się do Rese'a dopiero pod postacią Tii, którą poznaje na grupie na Facebooku. Tia jest transkobietą, zatem potrafi doskonale wczuć się w położenie swojego nowego chłopaka. W pewnym momencie para rozmawia o fali morderstw osób transgenderowych przetaczającej się przez Stany. Widzimy też w krótkich przebitkach, jak Rese angażuje się w protesty spod znaku Black Trans Lives Matter - to kolejny problem społeczności nakreślony niby mimochodem, acz wystarczająco sugestywnie. "Gdybym mógł cofnąć czas i pozostać kobietą, to bym to zrobił. Moje życie byłoby o wiele prostsze", wyznaje Rese.

Kenniego, nieśmiałego kierownika centrum fitness, poznajemy z kolei w chwili, gdy ten dopiero rozpoczyna terapię hormonalną. Ze wszystkich bohaterów Kennie wciąż wygląda najbardziej kobieco, co odbiera mu asertywności tak na zawodach, jak w codziennym życiu. Ale to właśnie na Trans FitConie mężczyzna po raz pierwszy używa imienia Kennie i podejmuje decyzję o przyjmowaniu zastrzyków z testosteronu.

Nikogo nie powinno dziwić, że choć Trans FitCon stanowi punkt kulminacyjny filmu, dla uczestników liczą się nie tyle trofea, ile sam udział w zawodach. Droga do samoakceptacji. "Cała kulturystyka opiera się na kontroli i byciu panem swojego losu", podkreśla ktoś. Fascynująco jest obserwować tych dzielnych ludzi, którzy wskutek żmudnej pracy nad ciałem, rzeźbienia go, udoskonalania, stają się w oczach tak samych siebie, jak i świata, coraz bardziej męscy. I tym razem - cóż za rzadki obrazek w kinie ostatnich lat - nie ma w tej męskości nic toksycznego.

Gdzie zobaczyć: Outfilm.pl