"Weselny toast"

Reklama

Film Laurenta Tirarda poniekąd skupia jak w soczewce wcześniejsze dokonania reżysera na polu komedii romantycznych ("Facet na miarę", "Zdrady, kłamstwa i coś więcej"), fantazji "odliterackich" ("Mikołajek", "Asterix i Obelix: W służbie jej królewskiej mości") albo obu tych rzeczy naraz ("Zakochany Molier").

Nowa komedia Francuza to adaptacja powieści uznanego komiksiarza i pisarza Fabrice'a Caro. "Le discours" jest książką nomen omen mocno "komiksową", za to pozornie "niefilmową", o nielinearnej narracji, opartej na nieustanych retro- i futurospekcjach. Większość wydarzeń rozgrywa się w głowie głównego bohatera, zaś akcja w czasie rzeczywistym ma miejsce w trakcie jednej rodzinnej kolacji. To tutaj neurotyczny Adrien, którego niedawno opuściła dziewczyna, musi poradzić sobie nie tylko z typowymi familijnymi niezręcznościami przy stole, ale i niespodziewaną prośbą ze strony przyszłego szwagra o wygłoszenie przemowy na weselu siostry.

Bohater oczywiście nienawidzi publicznych wystąpień (a kto lubi?), zatem jego wyobraźnia natychmiast przepracowuje czarne i czarniejsze scenariusze potencjalnej porażki. W międzyczasie dowiadujemy się coraz więcej o jego przeszłości, związku i rozlicznych problemach.

To wszystko nie są wesołe okoliczności, ale Tirard przedstawia je ze sporą dozą wdzięcznego humoru tudzież wyczuciem filmowej materii. Bardzo sprytnie unika statyczności, co rusz wizualizując fantazje protagonisty. Niekiedy Adrien przemierza w myślach czasoprzestrzeń, innym razem nagle pojawia się obok niego jego drugie "ja" i zaczyna się z nim kłócić. Najczęściej jednak bohater burzy czwartą ścianę, spoglądając w kamerę lub komentując przebieg wieczoru, podczas gdy pozostali członkowie rodziny zastygają w bezruchu imitującym stopklatkę. W ten sposób jeszcze przed finałowym toastem reżyser zgrabnie wplata w komedię elementy stand-upu.

Kapitalnie odnajduje się w tej konwencji Benjamin Lavernhe, aktor mało charakterystyczny, o powierzchowności everymana, a mimo to potrafiący utrzymać uwagę widza przez półtorej godziny. I to jak najdosłowniej, bo Lavernhe niemal nie wychodzi z kadru, a monologów ma jeszcze więcej niż dialogów, łącznie z odczytywaniem napisów w czołówce.

Reklama

Bez zarzutu wypada też drugi plan: François Morel i Guilaine Londez jako konformistyczni rodzice, Julia Piaton w roli obcej siostry, Sara Giraudeau jako potencjalna miłość życia.

Weselny toast / Materiały prasowe / Christophe Brachet

Cały zespół, przed i za kamerą, efektywnie pracuje na komedię ściśle francuską, a jednocześnie bardzo uniwersalną. Któż z nas nie chciał dać dyla z wesela, zapaść się pod ziemię podczas rodzinnego spotkania, wyplątać się z kłopotliwej rozmowy? Nietrudno sobie wyobrazić "Weselny toast" jako międzynarodowy przebój na wzór włoskiego "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". W polskiej wersji Lavernhe'a z powodzeniem mógłby zastąpić podobny do niego fizycznie Rafał Rutkowski.

Ale co najciekawsze, film Tirarda nie opowiada wyłącznie o próbach uniknięcia kompromitacji w niekomfortowych momentach. Mówi o trudnej sztuce komunikacji w ogóle. O tym, jak relatywnie łatwo przychodzi gadka na początku związku - i jak robi się to coraz bardziej skomplikowane wraz z postępem rutyny, gdy świeżych tematów zaczyna brakować. A nawet o tym, jak czasem wiele znaczy właściwy emotikon czy znak przestankowy w SMS-ie. "Odpowiednie dać rzeczy słowo" to wyzwanie nie lada i w tym sensie ekranowy Adrien jest ambasadorem nas wszystkich.

Gdzie zobaczyć: w kinach