"DNA"

"Algierskie korzenie mają Kylian Mbappé i Zinédine Zidane, ale także sprawcy zamachu na redakcję Charlie Hebdo. Połowa algierskiej reprezentacji w piłce nożnej ma oprócz algierskiego obywatelstwa także francuskie", pisała Ludwika Włodek w wybitnym reportażu "Gorsze dzieci Republiki" wydanym przez Czarne. "Losy Francuzów i Algierczyków są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie da się opowiedzieć o współczesnej Francji bez pokazania skomplikowanych relacji algiersko-francuskich", dodawała.

Reklama

Właśnie te relacje bierze na tapet Maïwenn, francuska aktorka i reżyserka o wietnamsko-algierskich korzeniach. Jej "DNA" to mocno inspirowana własnymi przeżyciami opowieść o rodzinie, której patriarcha jest algierskim imigrantem, a zarazem fundamentem scalającym zróżnicowaną wspólnotę. Potomkowie Emira czują się nade wszystko Francuzami i nie mają żadnej więzi z ojczyzną przodków. Kiedy jednak chory na Alzheimera dziadek umiera, kwestia tożsamości paradoksalnie odżywa - począwszy od rzeczy tak pozornie błahych, jak wybór koloru wyściółki trumny pasującego do dżellaby nieboszczyka. Nie ma też zgody co do tego, czy dziadek powinien być pochowany w obrządku muzułmańskim, skoro przez całe życie był głęboko antyreligijny.

DNA / BEST FILM / Picasa

Sceny rodzinnych kłótni nad mniej lub bardziej metaforycznym grobem mają potencjał zarówno dramatyczny, jak komediowy, co Maïwenn w dużej mierze wykorzystuje. Z filmu bije spory autentyzm, w czym zasługa częściowo improwizowanych scen i dialogów (scenariusz liczył raptem 40 stron), jak również wspaniałej obsady, wśród której brylują Fanny Ardant jako toksyczna matka, Marine Vacth w roli wycofanej siostry czy Caroline Chaniolleau jako ekscentryczna ciotka.

W centrum zdarzeń jest jednak sama Maïwenn, wcielająca się w Neige, wnuczkę Emira i rozwiedzioną matkę trzech synów, neurotyczną "Amy Winehouse z odzysku", jak określa ją jeden z braci. Neige jest do bólu bezpośrednia, egocentryczna, ale też wyraźnie schowana za maską pewności siebie. Skonfliktowana z większością rodziny, nosi w sobie dawne urazy, wciąż żywe i niemożliwe do zapomnienia. To rola będąca formą autoterapii, świadomie ekshibicjonistyczna, jak i ukazująca złożoność ludzkiej natury - bohaterka w jednej chwili impulsywnie robi sobie selfie ze zmarłym dziadkiem, by zaraz potem zgłębiać historię masakry paryskiej z 1961 roku i starać się w ambasadzie o algierskie obywatelstwo.

Reklama

Nie wszystko tu przekonuje, niektóre sceny zdają się podobnie dysfunkcyjne jak ekranowa (i każda?) rodzina. A jednak jest w tym niedoskonałym miksie wygłupu i doniosłości coś bardzo prawdziwego, uniwersalnego, jest refleksja nad tym, że wspominanie cudzej przeszłości to także pamiętanie własnej - co szczególnie wybrzmiewa w poruszającym wątku książki o burzliwym życiu dziadka przeznaczonej tylko do prywatnego użytku.

Ciekawe też, że "DNA" trafia do nas niedługo po historycznym geście prezydenta Emmanuela Macrona, który oficjalnie przyznał "w imieniu Francji", że algierski prawnik i aktywista polityczny Ali Boumendjel, którego śmierć oficjalnie uznawano dotąd za samobójstwo, był torturowany i został zamordowany przez armię francuską w 1957 roku.

"Pokolenie wnuków Alego Boumendjela musi być w stanie zbudować swoje przeznaczenie, z dala od amnezji i urazy. To dla nich teraz, dla młodzieży francuskiej i algierskiej, musimy iść drogą prawdy, jedyną, która może doprowadzić do pojednania", brzmiał komunikat Pałacu Elizejskiego.

Film Maïwenn poniekąd z tym rezonuje - podnosząc tematy dumy z korzeni, jak i chęci zerwania krzywdzących więzów. Ale znów - opowieść o odrodzeniu, o potrzebie wymyślenia się na nowo po traumie, działa tak na poziomie intymnym, ściśle algiersko-francuskim, jak na płaszczyźnie naszych wspólnych ponadnarodowych doświadczeń epoki pandemii.

Trwa ładowanie wpisu

Gdzie zobaczyć: w kinach