"Sweat"

Reklama

Zakrawa na ironię, że przez ostatni rok widowiska przeznaczone do kolektywnego przeżywania na dużym ekranie oglądaliśmy osamotnieni online, zaś kiedy wreszcie otwarto kina, jedną z ciekawszych propozycji w repertuarze okazuje się film o samotności w sieci.

Młody reżyser niezwykle żywiołowo wprowadza nas w świat swojej bohaterki, influencerki fitness Sylwii Zając w brawurowej interpretacji Magdaleny Koleśnik. Oto trening motywacyjny na oczach widzów, rozmyślnie chaotycznie ruchy kamery, dużo zbliżeń. Czujemy ten pot, obraz pobudza niczym energetyk, wrażenie autentyzmu jest bez mała vouyerystyczne. I tak już będzie do końca, w trakcie trzech dni z życia celebrytki, którą von Horn podgląda w zupełnie prozaicznych sytuacjach, kreśląc jednakże w międzyczasie jej złożony portret psychologiczny.

Dla Sylwii smartfon jest jak aparat tlenowy, przez który sączą się do jej organizmu życiodajne cząsteczki tlenu w postaci setek tysięcy followersów. Inspirują ją w równym stopniu, jak ona ich, co sama przyznaje. Tylko które życie jest prawdziwe - to instagramowe czy to w zaciszu pustego mieszkania, z psem Jacksonem jako jedynym towarzyszem?

Sweat / Natalia Łączyńska / Lava Films / Materiały prasowe

Bezustanne rozchwianie emocjonalne sprawia, że w pewnym momencie coś w Sylwii pęka. Bohaterka wywnętrza się całkowicie przez obcymi ludźmi, wypłakuje swoją samotność prosto w cyberprzestrzeń. Ta odpowiada jak zwykle - głosami zarówno uznania, jak krytyki. Niespodziewanie za to pojawia się stalker, postrzegający Sylwię jako swą bratnią duszę. Pojawia się nie tylko wirtualnie, co jeszcze potęguje niestabilny stan młodej kobiety.

I kiedy już się wydaje, że film wpadnie w koleiny thrillera o prześladowcy, zwrot akcji stawia przyzwyczajenia widza na głowie. Zagrożenie przychodzi z nieoczekiwanej strony, od osoby pozornie opiekuńczej. Von Horn "nie ocenia po okładce" nie tylko Sylwii. Jakże przerażająca jest rzeczywistość, w której potencjalnie niebezpieczny psychofan ma dla nas i tak więcej empatii niż nasza własna rodzina. Jakże smutny jest świat, w którym matka nigdy nie potrafiła okazać nam należytego uczucia, a codziennie okazują je awatary obecne na każde kliknięcie.

Krąży w filmie frapująca myśl, że samotność najbardziej daje się we znaki ludziom ze skrajnych biegunów: z jednej strony osobom opuszczonym, przezroczystym, niewidocznym dla otoczenia, z drugiej - tym ze świecznika i okładek kolorowych magazynów, widocznym aż nadto.

Sylwia łączy w sobie oba ekstrema, jest na przemian temperamentna i introwertyczna, radosna i zagubiona, pewna siebie i zmagająca się z niską samooceną - Koleśnik płynnie porusza się po sinusoidzie uczuć i wiarygodnie oddaje kryzys tożsamości.

Bodaj najciekawsze w "Sweat" jest to, że von Horn i Koleśnik nie przedstawiają bohaterki ani jako próżnej gwiazdki, ani jako ofiary mediów społecznościowych. Sylwia jest świadoma reguł gry i tego, że zawsze może "wyciągnąć wtyczkę". Pytanie, czy byłaby potem szczęśliwa, spełniona, a co najistotniejsze - czy pozostałaby sobą? Twórcy zmuszają nas do bardziej refleksyjnego spojrzenia na zawód albo demonizowany i wyszydzany, albo bezkrytycznie hołubiony.

"Sweat" jest o cenie, jaką trzeba zapłacić za ekshibicjonizm emocjonalny. Ale jest też w ogóle o naszej szalonej epoce, deficycie bliskości i wiecznym niedoczasie. Nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę influencerem, a jednak żeby mieć chwilę na napisanie tego tekstu, musiałem zrezygnować z treningu. I wciąż nie wiem, czy było warto.

Gdzie zobaczyć: w kinach