"Emmanuelle. Francuskie kino erotyczne"

Reklama

Byłem jeszcze w podstawówce, gdy poznałem "Emmanuelle". Przedstawił nas sobie nieodżałowany wujek Janek z Sosnowca. Taki ukryty, nieopisany bonus na pirackiej kasecie VHS z "Przygodami rabina Jakuba". Zakazany owoc, powiew wielkiego świata, antyteza wulgarnych pornosów z Teresą Orlowski. "Emmanuelle" była inna, szlachetna, niespotykanie zmysłowa - nic więc dziwnego, że działała na chłopięcą wyobraźnię znacznie sugestywniej niż siermiężne niemieckie produkcje.

Clélia Cohen w swoim dokumencie wskrzesza to romantyczne wyobrażenie. "Emmanuelle" funkcjonuje tu jako soft porno o ambicjach artystycznych. Producent Yves Rousset-Rouard z nieskrywaną dumą podkreśla inspirację kontrowersyjnym "Ostatnim tangiem w Paryżu". Obrotny Francuz nie miał żadnego doświadczenia w branży filmowej, ale nie chciał spędzić całego życia w kancelarii notarialnej. Wymyślił więc sobie tańszą wersję "Tanga", które właśnie podbijało paryskie kina. Nazwisko Brando było magnesem, lecz przede wszystkim każdy chciał zobaczyć osławioną scenę z masłem.

Producenta nie było stać ani na gwiazdy pierwszej wielkości, ani na reżysera o estymie Bertolucciego. Czuł jednak, że do sukcesu potrzebuje nie byle "fikołka", ale dzieła z eleganckim sznytem. Miał to zapewnić fotograf mody Just Jaeckin za kamerą oraz obsadzony w głównej roli męskiej, uznany aktor Alain Cuny, który wcześniej grał u Antonioniego i Felliniego. Niemniej kluczem do triumfu okazała się holenderska modelka Sylvia Kristel, która - jeśli wierzyć legendzie - trafiła na casting wskutek pomylenia drzwi.

Rousset-Rouard wiedział, że przy skromnym budżecie na reklamę niezbędna jest jeszcze skandaliczna scena na wzór tej u Bertolucciego, za sprawą której wieść o filmie niosłaby się pocztą pantoflową. Tak narodził się pomysł na scenę z papierosem palonym pochwą w tajskim klubie nocnym. Skądinąd w Tajlandii ekipa kręciła pod przykrywką, wmawiając lokalnym władzom, że realizuje dokument. Reżyser nie miał nawet możliwości podejrzeć na miejscu efektu swoich prac. W pośpiechu słał niezmontowane taśmy do Francji, gdzie zdegustowany producent utwierdzał się w przekonaniu, że popełnił błąd życia. W pewnym momencie chciał nawet zwolnić Jaeckina.

Pyszna jest anegdota o tym, jak to niedoświadczony Rousset-Rouard podkupił popularnym producentom prawa do powieści Emmanuelle Arsan (właściwie Marayat Bibidh), pochodzącej z Bangkoku żony francuskiego dyplomaty. Biuro owych producentów znajdowało się wówczas dokładnie naprzeciwko kina o jakże wymownej nazwie Triumphe. Co za tym idzie, uprzedni właściciele praw musieli przez kilkanaście lat znosić widok długich kolejek widzów, z czasem równie turystów, dla których seans "Emmanuelle" na Polach Elizejskich stał się jedną z obowiązkowych paryskich atrakcji.

Reklama

W filmie pada ładne zdanie, że "maj 1968 roku uwolnił słowa, ale ciał jeszcze nie zdążył". Francja początku lat 70. rzeczywiście była wciąż dość konserwatywna, a wyzwolenie seksualne dopiero miało nadejść. Czy "Emmanuelle" przyspieszyła ten proces? Nie ulega wątpliwości, że film perfekcyjnie wstrzelił się w czas emancypacji kobiet.

Pozornie konstrukcja filmu jest bardzo typowa dla taśmowych produkcji porno - obserwujemy po prostu inicjację młodej, naiwnej kobiety, związanej z dużo starszym facetem. Tyle że wtedy nawet we Francji masturbacja dopiero przestawała być tematem tabu, zaś w świat seksu Emmanuelle wprowadzała inna kobieta, co emancypowało lesbijki. Podobną rzadkością był kobiecy orgazm na ekranie. Wszystko to poniekąd równoważy sceny wywołujące dziś konsternację, szczególnie te z kobietą traktowaną przedmiotowo. Skądinąd jedna z ekspertek słusznie zauważa przed kamerą, że u Emmanuelle nie widać żadnego przymusu, a seks jest bardziej sugerowany niż faktycznie pokazywany.

Ciekawe, że dokument w reżyserii kobiety wychodzi z tezą, że gdyby "Emmanuelle" ukazała się dziś, feministki prawdopodobnie wpadłyby w histerię. "Postać Emmanuelle od początku nie odpowiadała feministkom. Dla jednych była jak przedmiot, dla innych była ikoną i symbolem emancypacji. Trudno było rozstrzygnąć. Film zawierał w sobie tę niejednoznaczność. Ale wszyscy zgadzali się w jednej kwestii. Sylvia Kristel stała się z dnia na dzień światową gwiazdą, a w Japonii wręcz wcieleniem bogini. Widniała na okładkach magazynów na całym świecie", słyszymy.

Istotnie, nie byłoby "Emmanuelle" bez zjawiskowej Sylvii Kristel. Aktorka jak nikt inny przyczyniła się do fenomenu postaci, pomogła bezpośrednio lub pośrednio sprzedać tuziny sequeli i podróbek, zainicjowała boom na rattanowe fotele w typie tego, na którym zmysłowo zasiadała przed kamerą.

Emmanuelle / Materiały prasowe

Ale epilog historii Kristel jest niestety smutny. Już w archiwaliach wmontowanych w film Cohen widzimy wycofaną, zagubioną dziewczynę o nieobecnym spojrzeniu. Najbardziej uderzają fragmenty talk shows, drwiące spojrzenia, niekiedy mocno dwuznaczne pytania, innym razem nawet bezczelne, niby-dowcipne "Jak się gra w ubraniu?".

"Emmanuelle" może i w zamyśle miała być "poważnym" erotykiem, za to gwiazdy filmu nikt nigdy nie traktował poważnie. A grała u największych: Vadima, Chabrola. Pod koniec lat 70. rozstawała się z serią w trzeciej części zatytułowanej symbolicznie "Żegnaj, Emmanuelle", ale proroczy okazał się tytuł produkcji z lat 90., w którym znów wzięła udział: "Emmanuelle na zawsze". Zmarła w osamotnieniu w wieku 60 lat.

Dokument Cohen ma swoje wady, reżyserka choćby zupełnie pomija kwestię, która dziś szczególnie mogłaby wywołać dyskusję, mianowicie problematykę rasistowskiego, neokolonialnego wydźwięku niektórych scen i dialogów oryginalnego filmu. Cokolwiek mało subtelnie forsowana jest też teza, jakoby "Emmanuelle" w pojedynkę wywołała rewolucję seksualną. Bez przesady - niemniej w takim umocnieniu mitu i zarazem oddaniu hołdu Sylvii Kristel jest coś rozczulającego. Tym bardziej że w pewnym stopniu liberalizację oraz sporo ciepłych wspomnień zawdzięczają "Emmanuelle" nie tylko Francuzi, ale i Polacy dojrzewający w latach transformacji. "Elegancja Francja" przemycana na kasetach z drugiego obiegu - cóż bardziej romantycznego?

Gdzie zobaczyć: Arte.TV bezpłatnie do 24 sierpnia