"Sitting in Limbo: Skandal Windrush"

Reklama

Chichot historii, że terminu "nieprzyjazne środowisko" w odniesieniu do imigrantów użył po raz pierwszy w roku 2007 rząd laburzystów. Pięć lat później torysi Davida Camerona ogłosili "politykę nieprzyjaznego środowiska", jak sprytnie zakamuflowano czystki etniczne wobec tzw. pokolenia Windrush, czyli mieszkańców kolonii na Karaibach zaproszonych na stałe do wyludnionej po wojnie Wielkiej Brytanii.

Skandal wybuchł już za czasów gabinetu Theresy May, kiedy to wyszły na jaw bezprawne i rasistowskie działania Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w celu przymusowej deportacji naturalizowanych Brytyjczyków.

Pokolenie Windrush ma w filmie Stelli Corradi dobroduszną twarz Anthony'ego Bryana (Patrick Robinson), dobiegającego sześćdziesiątki ojca i dziadka, który przybył do Londynu jako ośmiolatek, tu uczęszczał do szkoły i harcerstwa, pracował jako budowlaniec i konserwator. Stoicki Bryan wiedzie niezamożne, ale szczęśliwe życie u boku energicznej Janet McKay-Williams (Nadine Marshall), przetykane regularnymi wypadami z przyjaciółmi do pubów bądź na mecze. Bardzo brytyjsko.

I nagle widzimy, jak ta cała spokojna i rutynowa egzystencja z dnia na dzień wali się w gruzy. Bohater zostaje błędnie sklasyfikowany jako nielegalny imigrant, zwolniony z pracy, musi meldować się w urzędzie co dwa tygodnie i przedstawiać szereg dowodów na status uprawnionego pobytu: szkolne akta sprzed pół wieku, metrykę urodzenia z Jamajki, rachunki, zdjęcia rodzinne etc. Nic z tego nie okazuje się wystarczające dla bezdusznych biurokratów i nie trzeba długo czekać, aż Bryan zostaje zatrzymany we własnym domu i wywieziony do aresztu imigracyjnego daleko poza Londyn, następnie zwolniony bez słowa wyjaśnienia i po niedługim czasie znów aresztowany.

Kafkowskie upadlanie trwało dobre trzy lata, a widmo deportacji stawało się coraz bardziej realne. Dopiero gdy prasa nagłośniła problem Anthony'ego i setek mu podobnych, władze pod naciskiem opinii publicznej spuściły z tonu i powołały specjalną komisję do zbadania sprawy. W 2018 roku okazało się, że MSW zniszczyło karty zejścia na ląd tysięcy imigrantów z Windrush. Co najmniej kilkanaście niesłusznie deportowanych osób zmarło, zanim resort przyznał się do "błędu". Posypały się dymisje, premier May wystosowała oficjalne przeprosiny, ale co z tego? Liczby mówią same za siebie; z 1275 wniosków o odszkodowanie uwzględniono 60.

"Sitting in Limbo" nie jest tak wybitnym dokonaniem, jak powstały w tym samym czasie miniserial Steve'a McQueena "Mały topór", podobnie poświęcony losom karaibskich przesiedleńców w obliczu rasizmu sankcjonowanego przez państwo. Niemniej niepozorny dramat włoskiej reżyserki, nakręcony dla BBC (co już samo w sobie stanowi pewną wskazówkę stylistyczną), ma swoje niezaprzeczalne atuty: wartość poznawczą, znakomite aktorstwo, zdumiewające wręcz stonowanie tematu rodem ze sztandarów brytyjskiego Black Lives Matter.

Warto wiedzieć, że scenariusz napisał ceniony na Wyspach dramaturg Stephen S. Thompson, prywatnie młodszy brat Anthony'ego Bryana. Jest to więc perspektywa bardzo osobista i empatyczna, a jednak mimo wszystko wyważona, pozbawiona patosu i krzykliwego tonu, jakiego można by się tu spodziewać. I świetnie, bowiem ten oszczędny charakter całości pozwala skoncentrować się na tym, co najważniejsze: na emocjach człowieka, któremu odebrano pracę, dom, wreszcie tożsamość. Ale nigdy godności. W dobie powszechnej znieczulicy i odczłowieczających mediów konfrontacja z takimi zagadnieniami to już niemało.

Gdzie zobaczyć: Netflix