"Dobry zdrajca"

Mikkelsen i Thomsen to ulubieni aktorzy Thomasa Vinterberga, twórcy "Na rauszu" z tym pierwszym czy "Komuny" z tym drugim. Przy czym tak się składa, że nigdy nie wystąpili u reżysera wspólnie. Co innego u Andersa Thomasa Jensena, którego "Jabłka Adama" przyniosły im przed laty światowy rozgłos. Niemniej w nowej czarnej komedii Jensena, "Jeźdźcach sprawiedliwości", którzy zawitają na polskie ekrany niedługo po "Na rauszu", zobaczymy tylko Mikkelsena. Thomsen wybrał tytułową rolę w "Dobrym zdrajcy"Christiny Rosendahl.

Reklama

Pamiętacie "Jabłka Adama"? Thomsen brawurowo wcielał się tam w neonazistę. Za to tym razem, równie przekonująco, gra człowieka, który stawia opór nazistom: Henrika Kauffmanna, duńskiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych, który po inwazji hitlerowskich Niemiec na Danię i kapitulacji rządu sprzeciwił się samemu królowi i ogłosił jedynym prawdziwym przedstawicielem wolnej Danii.

Relatywnie nieznana - przynajmniej w naszej szerokości geograficznej - historia rozpoczyna się od szokującej sceny z życia prywatnego bohatera. Zresztą u Rosendahl, niczym u feministek drugiej fali, już do końca prywatne będzie polityczne. Przeciwstawiając się "neutralności" swojej ojczyzny wobec III Rzeszy, Kauffmann ryzykuje utratą majątku, pozycji społecznej oraz - last but not least - rodziny. Ale to nie wszystko, bo w międzyczasie ambasador przekonuje się, że w małżeństwie dyplomatyczne umiejętności niekoniecznie pomagają, szczególnie gdy w grę wchodzi romans z atrakcyjniejszą siostrą własnej żony. I tak świadkujemy swoistemu trójkątowi wzajemnych zależności: szwagierki bohater pożąda, ale swej amerykańskiej żony potrzebuje, zwłaszcza że zapewnia mu ona bliski dostęp do zaprzyjaźnionego prezydenta Franklina Delano Roosevelta.

Dobry zdrajca / Materiały prasowe

Prezydent początkowo ani myśli angażować się w "europejski konflikt", ale separatystyczny plan dyplomaty zmusza go do zajęcia stanowiska i poparcia albo skompromitowanej monarchii, albo reprezentanta wolnej Danii. Teoretycznie taki dylemat moralny nie powinien sprawiać większych problemów, ale jak pokazuje historia, jeśli etyce nie było po drodze z wielką polityką, tym gorzej dla etyki. Kauffmann miał jednak w rękawie asa nawet cenniejszego niż wstawiennictwo małżonki. Otóż z własnej inicjatywy podpisał z rządem amerykańskim porozumienie, na mocy którego Stany gwarantowały bezpieczeństwo Grenlandii w zamian za prawo do ulokowania na wyspie swoich baz wojskowych. W ten sposób Kauffmann pomógł nie tylko duńskiemu ruchowi oporu, ale i wciągnął Amerykanów w wojnę jeszcze wcześniej niż oficjalnie uznawany za punkt zwrotny atak na Pearl Harbor.

"Dobry zdrajca" opowiada w zasadzie dwie fascynujące historie, choć thriller polityczny i dramat małżeński nie zawsze kleją się jak należy. Niedostatki montażowe film nadrabia jednak wybornym aktorstwem, stylowymi zdjęciami i doskonale zaprojektowanymi kostiumami. Reżyserka ma też w zanadrzu frapujące pomysły inscenizacyjne, na czele z przeciwstawieniem obrazków z życia dyplomatów - szampany, wytworne rauty, relaks nad basenem - z dźwiękami wojny. Widzimy beztrosko bawiące się dzieci, gdy w tle pobrzmiewają odgłosy bitew i hitlerowskie okrzyki - te specyficzne ruchome kolaże robią wrażenie. Chciałoby się wręcz ich więcej - kosztem fabularnej sztampy. Niemniej całość z pewnością warto polecić; solidna robota.

Trwa ładowanie wpisu

Reklama

Gdzie zobaczyć: Chili, Rakuten TV, Player, Cineman, VOD.pl, Ipla.tv

"A jutro cały świat"

Prywatne i polityczne łączy też film Julii von Heinz, luźno oparty na osobistych doświadczeniach niemieckiej reżyserki, która swojego męża i współscenarzystę w jednej osobie, Johna Questera, poznała w Antifie.

"A jutro cały świat" również opowiada o walce z nazizmem, ale tym współczesnym. Akcja rozgrywa się w środowisku antyfaszystów, które poznajemy oczami początkującej aktywistki Luisy (Mala Emde), studentki prawa znudzonej akademicki sloganami i chętnej do działania. W Antifie dziewczyna natrafia na podobnych sobie idealistów oraz wikła się - kolejny punkt wspólny z "Dobrym zdrajcą" - w osobliwy trójkąt quasi-miłosny.

A jutro cały świat / Materiały prasowe

Sporo w tych postaciach uproszczenia - wolna miłość, idealizm, naiwność. Bohaterka jest wegetarianką, ale bez mrugnięcia okiem oprawia króliki, jako że pochodzi - jakżeby inaczej - z rodziny baronów o myśliwskich tradycjach. Nie żeby ten stereotypowy obraz młodych białych liberałów żarliwie walczących o idee multi-kulti zasadniczo odbiegał od stanu faktycznego, jednak jest prawda czasu i prawda ekranu - a na tym drugim subtelności nigdy za wiele.

Znakomicie za to reżyserka ukazuje proces radykalizacji młodzieży, dla której przemoc staje się stopniowo coraz bardziej akceptowalnym narzędziem do osiągnięcia celu. Bo czy w ogóle jest możliwy pokojowy opór wobec nazistów? Ktoś w filmie argumentuje niebezzasadnie, że gdyby w Niemczech roku 1933 antyfaszyści przyjęli metody przeciwników, zamiast się z nimi cackać, nazizm nie miałby szans tak urosnąć w siłę.

Gdzie są granice? Czy droga przemocy, choćby i w najlepszej wierze, zawsze niesie za sobą ofiary? A jeśli tak, to czy w ogóle można ich uniknąć, chcąc efektywnie zwalczać skrajną prawicę? Sprawnie nakręcony film von Heinz ostatecznie stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi, ale właśnie w tym - oraz w zaskakująco radykalnym akcencie w finale - tkwi jego siła.

Ciekawe, że "A jutro cały świat" zarówno dzieli myśli z "Dobrym zdrajcą", jak i stanowi jego przeciwwagę. Film o sile dyplomacji oraz film o tym, że dyplomacja nie zawsze wystarcza - zestaw na podwójny seans jak znalazł.

Gdzie zobaczyć: Netflix