W ten weekend proponuję zwrócić uwagę na trzy wielce nietuzinkowe filmy z trzech kontynentów. Dwa wybitne dokumenty i jedną fabułę. Wszystkie badają kondycję ludzką na bardzo różne sposoby, aczkolwiek zawsze przy użyciu "elementu animalnego".

Reklama

"Wytępić całe to bydło"

Utarło się, że historię piszą zwycięzcy. Ale co gdy zwycięzcy przez wieki zakłamują ową historię i tuszują niewygodne akty? Czteroodcinkowy serial dokumentalny Raoula Pecka ("Nie jestem twoim murzynem") to kolejny w ostatnich miesiącach projekt, po antologii "Mały topór" Steve'a McQueena, oferujący rewizjonistyczne spojrzenie na historię świata, stojące w kontrze do zachodniocentrycznego punktu widzenia.

Peck posiłkuje się "Ludową historią Stanów Zjednoczonych" Howarda Zinna i będącej niejako jej dopełnieniem monografią Roxanne Dunbar-Ortiz "An Indigenous Peoples' History of the United States". Przede wszystkim jednak bierze na tapet "Wytępić całe to bydło" swojego przyjaciela Svena Lindqvista, literaturę faktu inspirowaną "Jądrem ciemności" Josepha Conrada. Jej tytuł, jako i tytuł dokumentu Pecka, wziął się właśnie z opus magnum polsko-brytyjskiego pisarza.

"Zdanie, wypowiedziane przez Kurtza, głównego bohatera książki Conrada, dotyczy ostatniego cywilizującego zadania białych wśród dzikusów Afryki. I nie mówi nic o Europie jako ojczyźnie humanizmu, demokracji i dobrobytu. Nie mówi nic o żadnym ze słusznych powodów do dumy. Wyraża prawdę, o której nie chcemy pamiętać", zauważa Peck, robiący w swym filmie za narratora, skądinąd niekiedy wybijającego z rytmu głosem tak szorstkim, że kojarzącym się z Batmanem w interpretacji Christiana Bale'a.

Wytępić całe to bydło / HBO

Kurtz oczywiście nie jest w swym poglądzie odosobniony. Bohater "Wehikułu czasu" H.G. Wellsa też chciał "zabijać bydło", jak mówi o człekokształtnych, żyjących w podziemiach Morlokach. Podobnie "Wyspa doktora Moreau" tegoż autora to historia kolonializmu - zwraca uwagę Peck. "Tak jak kolonizator cywilizuje niższe, bardziej zwierzęce rasy pejczem, doktor Moreau cywilizuje zwierzęta torturą, maksymalizując ból, by przyspieszyć ewolucję. Tak jak kolonizator usiłuje stworzyć nowy rodzaj istoty - cywilizowanego dzikusa - doktor Moreau próbuje zhumanizować zwierzę".

W kolejnych odcinkach reżyser pokazuje, jak biali, w myśl "uczonych" teorii antropologicznych, dokonywali ludobójstw traktowanych jako koniecznie efekty postępu. "Wolelibyśmy, aby ludobójstwo rozpoczęło się i zakończyło wraz z nazizmem", mówi reżyser. "To rzeczywiście byłoby wręcz pocieszające". Jednak nie sposób ukryć, że to ludobójstwo, nie wolnościowy mit założycielski o statku Mayflower z garstką pielgrzymów na pokładzie, zrodziło USA. Amerykę zbudowano na wyzysku i krwi niewolników - niby oczywistość dla niektórych, ale dla innych rzecz wciąż nie do przyjęcia.

U Pecka obserwujemy, jak cały świat spływa krwią, gdy monarchie i Kościoły Europy postanawiają poszerzać wpływy. Widzimy rezultaty inkwizycji, teoretycznie wymierzonej w herezję, praktycznie stworzonej wokół idei o czystości krwi. "Czysta krew była oczywiście chrześcijańska i europejska. To źródło ideologii białej supremacji", peroruje Peck, po czym na dowód sięga m.in. po przykład wygnania Żydów z Hiszpanii w XV wieku, na długo przez Holokaustem. "Drogę do Auschwitz wytyczono w początkach chrześcijaństwa", słyszymy. A wcześniej było przecież ludobójstwo Ormian, później masakry w Mỹ Lai czy Rwandzie.

Reżyser omawia też prowadzoną w ramach "dżentelmeńskiej umowy" grabież Afryki, usankcjonowaną podczas konferencji kongijskiej. Analizuje fałszowanie teoretycznie chwalebnych momentów ("Alamo to lekcja historii poprowadzona przez Johna Wayne'a"), poddaje pod refleksję, że "fakt" nierzadko jest tworzony poprzez "wyodrębnienie pojedynczej fetyszyzowanej chwili". "Uważa się, że narracja historyczna jest tylko jedną z wielu fikcji. Ale nie ma czegoś takiego jak alternatywne fakty", słyszymy.

Peck prowadzi też rozważania nad konstruktem rasy, analizuje dziedzictwo kolonializmu z perspektywy psychologicznej, ale również leksykalnej - niczym Frantz Fanon w wydanym dopiero w zeszłym roku w Polsce kultowym eseju "Czarna skóra, białe maski" z 1952 roku.

Afrykańczyków nazywano "zwierzętami" od pierwszych kontaktów z Europejczykami, którzy opisywali ich jako "nieokrzesanych" i "zwierzęcych" - dowodzi dokumentalista. Po czym pokazuje, że odczłowieczanie poprzez język w XXI wieku ma się zupełnie dobrze - wypowiedziane przez Donalda Trumpa słowa "To nie ludzie, to zwierzęta" bynajmniej nie zostały zmanipulowane, a to wciąż tylko jeden z wielu przykładów, bo i na naszym podwórku można by je mnożyć.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że takiego dokumentu historycznego jeszcze nie było. Również wizualnie, bowiem film stanowi imponujący kolaż materiałów archiwalnych, scen fabularyzowanych z Joshem Hartnettem w roli modelowego oprawcy "podróżującego" w czasie i przestrzeni, sekwencji animowanych, ruchomych map, statystyk, fragmentów westernów i musicali, wreszcie domowych nagrań wideo. Najważniejsze pozostają jednak niebanalne obserwacje samego twórcy.

Nie wiem, czy najbardziej fascynujące nie jest właśnie to, że "Wytępić całe to bydło" to w zasadzie wideoesej, w którym Haitańczyk Peck wpisuje osobistą historię w dzieje świata. Kwestionowanie "doktryny odkrycia" czy lekceważenie rewolucji haitańskiej pozwala autorowi zadać pytania o własną tożsamość. Nigdy zresztą nie ukrywa emocjonalnego podejścia do materiału, z jakim się mierzy.

"Jako filmowiec wolałbym pozostać ukryty w tle. Wycofany, umiarkowany, zrównoważony, roztropny, wręcz neutralny", wyznaje. Zaraz potem dopowiada jednak, że w sytuacji gdy "temat cię przerasta (...), neutralność nie wchodzi w grę. A ci, którzy szukają historii z krzepiącym zakończeniem, odkupieniem lub pojednaniem, mogą szukać na próżno. Nie należy się spodziewać takiej konkluzji".

Gdzie zobaczyć: HBO Go

"Czego nauczyła mnie ośmiornica"

Krzepiącego zakończenia możemy oczekiwać za to po niezwykłym dokumencie ekologicznym Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda "Czego nauczyła mnie ośmiornica". Film jest dostępny na Netfliksie od jakiegoś czasu, ale przyznam szczerze, że pobieżnie oceniłem go jako przyrodniczą błahostkę, jakich wiele, i dopiero nominacja do Oscara skłoniła mnie do seansu.

Ten film też mówi poniekąd o kolonializmie - podboju dzikiej przyrody. Na końcu dowiadujemy się, że bohater założył organizację nurków chroniących morskie lasy przed ingerencją człowieka. I żaden to spoiler, raczej przypis, bo wszystko, co dla widza istotne, rozgrywa się wcześniej.

"Wiele osób mówi, że ośmiornice są jak kosmici. Ale co dziwne, gdy się do nich zbliżysz, zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy do siebie bardzo podobni" - od takich słów zaczyna się porywająca opowieść o niezwykłej przyjaźni człowieka z mięczakiem. Nasz gatunek reprezentuje południowoafrykański dokumentalista Craig Foster, który wskutek wypalenia twórczego i być może czegoś, co stereotypowo nazywamy "kryzysem wieku średniego", oddaje się bez reszty pasji nurkowania u wybrzeży Przylądka Burz w RPA.

Czego nauczyła mnie ośmiornica / Netflix

Jak na filmowca przystało, Foster postanawia dokumentować swoje podwodne przygody. Odmawia jednak noszenia kombinezonu chroniącego przed zimnem i rezygnuje z ciężkiego sprzętu do nurkowania na rzecz prostej fajki wymagającej częstego wynurzania się na powierzchnię. Wszystko po to, by symbioza człowieka z naturą przebiegała w możliwie najbardziej - nomen omen - naturalny sposób.

Podczas jednej z wypraw bohater napotyka ośmiornicę. A precyzyjniej rzecz ujmując - coś na wzór instalacji artystycznej złożonej z pustych muszli - co następnie okazuje się ośmiornicą kamuflującą się tak celem ochrony przed drapieżnikami. Zaintrygowany nurek znajduje następnie jaskinię głowonoga. W rezultacie postanawia wracać codziennie w to miejsce i stopniowo badać zachowanie istoty, która okazuje się nie mniej inteligentna niż pies czy kot.

Foster instaluje kamery na terytorium ośmiornicy, rejestruje jej codzienność, jak polowania na kraby czy walki z rekinami pasiastymi. Relacja człowieka ze zwierzęciem stopniowo zaczyna wykraczać poza sferę naukową. Foster zyskuje zaufanie stworzenia, które z każdym dniem zachowuje się coraz to swobodniej - aż samo wyciąga macki do czułego kontaktu z ludzką dłonią.

Niesamowite jest obserwowanie tej zażyłości, ukazanej w dodatku bez taniego sentymentalizmu, choć przy użyciu podwodnych zdjęć całkowicie zapierających dech w piersi.

Doświadczenie zmienia życie bohatera, który dotąd nawet nie był miłośnikiem zwierząt domowych, o dzikich nie wspominając. Foster zacieśnia więź z synem, łatwiej wchodzi też w interakcje z innymi ludźmi. Mistyczna, duchowa przemiana pod wpływem "przerośniętego ślimaka" - brzmi jak fantazja, a jednak wydarzyło się naprawdę.

Gdzie zobaczyć: Netflix

"Maggie"

Na styku fantazji z rzeczywistością rozgrywa się również dziwaczna koreańska tragikomedia "Maggie". Film debiutantki Yi Ok-seop, wchodzący w skład bloku "Koreanki", inicjującego start platformy streamingowej Pięć Smaków, także mówi o zaufaniu, tyle że w ujęciu deficytowym.

Historia zaczyna się niczym frywolna odtrutka na czasy covidowe, w których media karmią nas głównie tragicznymi obrazkami szpitalnymi, pełnymi umierających pacjentów i umęczonych lekarzy. W "Maggie" dochodzi natomiast do aktu seksualnego w pracowni rentgenowskiej. Dla wielu osób świadomość, że ktoś może ich nakryć w trakcie stosunku w miejscu publicznym, jest niezwykle podniecająca. Gorzej, gdy osoba trzecia udokumentuje igraszki i puści zdjęcia lub nagranie w obieg. Nieco lepiej, gdy jest to zdjęcie RTG, po którym niepodobna rozpoznać "sprawców".

Takie właśnie zdjęcie zaczyna krążyć wśród personelu szpitala, w którym zawiązuje się akcja filmu. Znamienne, że podejrzenie od razu pada na pielęgniarkę - w końcu seks z pielęgniarką to jedna z najczęstszych fantazji erotycznych. Jednak pozostali pracownicy też zdają się mieć coś na sumieniu - na drugi dzień po incydencie zaskakująco dużo osób bierze "chorobowe".

Maggie / Materiały prasowe

Można by pomyśleć, że taki punkt wyjścia zaowocuje kryminałem na wzór "Dziesięciu małych Indian" Agathy Christie i do samego końca będziemy wodzeni za nos wraz z bohaterami usiłującymi dociec prawdy. Tymczasem reżyserka traktuje erotyczny epizod jedynie jako zalążek efektu kuli śnieżnej - historia ewoluuje w ciąg mikroopowiastek skoncentrowanych głównie wokół wspomnianej pielęgniarki (zjawiskowa Lee Joo-Young) i jej chłopaka (Koo Kyo-hwan). I mimo lekkiej formy poruszających całkiem ważkie tematy, jak plaga ukrytych kamer, bezrobocie, przemoc domowa czy problemy urbanistyczne - wszystko to, z czym autentycznie mierzy się Korea Południowa.

Nade wszystko jednak film mówi o erozji zaufania społecznego, i to mówi całkiem frapująco, a przy tym w sposób możliwy jedynie w szalonym kinie koreańskim, bowiem trzeba wiedzieć, że narratorem jest tu sum trzymany w szpitalu i potrafiący przewidywać trzęsienia ziemi.

"Maggie" nie jest filmem na miarę "Parasite" czy "Płomieni", ale jest bardzo obiecującym debiutem. Ok-seop zajmująco ukazuje tak koreańską specyfikę, jak uniwersalne prawdy. W końcu nawet najlepsze zdjęcie rentgenowskie nie wydobędzie wszystkiego, co w nas siedzi.

Gdzie zobaczyć: VOD Pięć Smaków