To powinien być sukces: wielkie gwiazdy w rolach głównych, popularny gatunek, solidna tradycja – wszak seria „Ocean's” to nie tylko trzy filmy Stevena Soderbergha, lecz także oryginał z 1960 roku (tytułowego bohatera zagrał wtedy Frank Sinatra). Zmiana obsady na żeńską pozwalała zaś zarówno na przewrotne potraktowanie fabularnych schematów, jak i całkiem poważny komentarz do aktualnych wydarzeń. To ostatnie poniekąd miało miejsce: z gotowego filmu wycięte zostały sceny z Mattem Damonem, rzekomo za nieprzychylne wypowiedzi pod adresem ruchu #metoo. W porządku, tylko szkoda, że twórcy „Ocean's 8” sami traktują swoje bohaterki strasznie stereotypowo. Owszem, dają im zawody, którymi w hollywoodzkich produkcjach zazwyczaj parają się mężczyźni – mamy więc specjalistkę od włamań, hakerkę, paserkę, itp. – ale to konwersja bardzo mechaniczna. Nie jest to w gruncie rzeczy feministyczna odpowiedź na „Ocean's 11”, ale po prostu kolejna część franczyzy, zrealizowana tak, żeby trafić w bardzo przeciętny gust. I żeby nikt się przypadkiem nie obraził.

Reklama

Kobieca szajka planuje więc kradzież wartej miliony dolarów biżuterii podczas corocznej gali kostiumowej w nowojorskim Metropolitan Museum. Akcją dowodzi Debbie Ocean (Sandra Bullock), siostra niedawno zmarłego Danny'ego. Właśnie wyszła z więzienia i od razu planuje największy skok swojej kariery. Zapytana przez najbliższą przyjaciółkę Lou (Cate Blanchett), dlaczego to robi, odpowiada po prostu: „Bo jestem w tym dobra”. Szybko montuje ekipę i zaczyna wprowadzać w życie swój genialny plan: muszą tylko przekonać popularną celebrytkę Daphne Kluger (Anne Hathaway), by wypożyczyła na bal wart 150 mln dolarów naszyjnik od Cartiera. Potem zostanie już tylko w dogodnej chwili ukraść klejnoty.

Heist movie, podobnie jak wiele innych gatunków kina popularnego, wymaga od widzów zawieszenia niewiary – to mechanizm, który sprawia, że to, co dzieje się na ekranie, wydaje się dość prawdopodobne. Jednak plan, który Debbie opracowywała – co skrupulatnie wylicza – pięć lat, osiem miesięcy i dwanaście dni, jest tak dziurawy, że powinien spalić na panewce jeszcze na etapie przygotowań. A jeśli już pojawi się jakaś niespodziewana przeszkoda, na scenę wkracza niczym deus (czy też raczej w tym przypadku dea) ex machina jakaś trzecioplanowa postać, która znajdzie wyjście z sytuacji.

Reklama

W pewnym sensie to spore osiągnięcie: nakręcić heist movie tak bardzo pozbawiony napięcia, charyzmy, w zasadzie jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który pozwoliłby widzom podążać za postaciami. Bohaterki tego filmu budzą sympatię, dlatego, że grają je popularne aktorki, a nie dlatego, że to ciekawe postaci. Nie ma między nimi chemii, a relacje – może poza wybijającą się na pierwszy przyjaźnią Debbie i Lou – zarysowane są powierzchownie. Co gorsza, nie ma tu także wyrazistego czarnego charakteru (Daphne Kluger jest raczej ofiarą niż celem spisku), a finałowy zwrot akcji tego braku wcale nie wynagradza.

Być może „Ocean's 8” udałby się, gdyby trafił w ręce odważniejszego reżysera, a jeszcze lepiej – reżyserki. Kogoś, kto wykorzystałby tkwiący w fantastycznych aktorkach potencjał. Bowiem Gary Ross, reżyser z niemałym przecież doświadczeniem (ma w dorobku m.in. „Miasteczko Pleasantville” oraz pierwsza część „Igrzysk śmierci”, a także cztery oscarowe nominacje), na ten film najwyraźniej nie miał pomysłu.

„Ocean's 8”, reż. Gary Ross, dystrybucja: Warner, czas: 110 min

Trwa ładowanie wpisu