Dziennik Gazeta Prawana logo

"Berek": W pogoni za Nibylandią [RECENZJA]

4 lipca 2018, 13:01
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Berek
Berek/Media
W jednym z odcinków trzeciej serii „Latającego Cyrku Monty Pythona” mogliśmy oglądać olimpijski finał zabawy w chowanego. A właściwie drugą jego rundę. Pierwsza – w której zawodnik brytyjski szukał sportowca z Paragwaju – zakończyła się rekordowym wynikiem: trwała 11 lat, 2 miesiące, 26 dni, 9 godzin, 3 minuty i 27.4 sekundy. W rewanżu szukającym jest Paragwajczyk i w czasie, gdy na placu Trafalgar w Londynie odlicza do tysiąca, jego przeciwnik jedzie na lotnisko, kupuje bilet na Sardynię i chowa się w ruinach zamku, co zwiastuje kolejną ciągnącą się latami rozgrywkę.

Fabuła „Berka” odruchowo skojarzyła mi się z kapitalnym skeczem Monty Pythonów, bo punkt wyjścia jest podobny. Dziecięca rozrywka zostaje podniesiona do znacznie wyższej rangi (choć niekoniecznie olimpijskiej), a jej reguły – dostosowane do potrzeb i możliwości dorosłych.

Bohaterowie filmu Jeffa Tomsica, debiutującego w kinie reżysera ze sporym telewizyjnym doświadczeniem, traktują bowiem berka bardzo serio. Dorastając postanowili, że nie zabiją w sobie chłopięcego ducha i choć los rozrzucił ich po całych Stanach, przez jeden miesiąc w roku bawią się w berka. Ale „zabawa” w tym przypadku oznacza spore poświęcenie: loty międzystanowe, sprytnie zastawiane pułapki, przemyślne fortele. Już na samym początku Hoagie (Ed Helms) próbuje zatrudnić się jako sprzątacz w dużej korporacji, wyłącznie po to, by „zberkować” jej szefa i swojego przyjaciela Boba (Jon Hamm). Cała akcja odbywa się na oczach dziennikarki „The Wall Street Journal”, a ta uznaje trwającą od dwudziestu lata zabawę za temat na tekst. Wraz z Hoagiem i jego kumplami wyrusza w podróż, by dorwać Jerry'ego – jedynego, który jeszcze nigdy nie był berkiem.

Reporterka „WSJ” nie pojawiła się w fabule przypadkowo. Absurdalny pomysł, by terenem zabawy w berka zrobić całą Amerykę, nie narodził się wcale w głowach scenarzystów. W 2013 r. dziennik opublikował historię grupy przyjaciół, którzy szaleją w ten sposób od ponad dwóch dekad, jeden miesiąc każdego roku poświęcając na próbę dopadnięcia kumpli. Wystarczył jeden tekst, by rozrywką grupy facetów po czterdziestce zainteresowali się producenci filmowi. Od prawdziwych bohaterów kupili pomysł i „know how”, ale komediowym postaciom dali już fikcyjne życiorysy i charaktery.

Rezultat nie wybija się specjalnie ponad hollywoodzką średnią. „Berek” jest zabawny, chwilami niemal slapstickowy, a choć zdarza mu się przekraczać granicę dobrego smaku, to w akceptowalnym zakresie. Najbardziej błyskotliwe żarty są przy tym dość hermetyczne: jeden z prawdziwych berkowiczów opisanych w artykule „Wall Street Journal”, nazywa się Brian Dennehy. W filmie nie mogło więc zabraknąć aktora, noszącego takie samo nazwisko – zagrał epizodyczną rolę ojca jednego z bohaterów. W gruncie rzeczy to bezpretensjonalna, raczej nieszkodliwa rozrywka, pean na cześć przyjaźni, łatwo przyswajalny i równie łatwy do zapomnienia. Jeśli coś zasługuje na szczególną uwagę, to rzadki w komediach fakt, że bohaterowie mają całkiem poważne problemy: jeden z nich ciężko choruje, inny spędza czas na kozetce u psychoterapeuty, kolejny uczęszcza na mityngi Anonimowych Alkoholików. A to wszystko służy budowaniu postaci, nie stając się zarazem pretekstem do niewybrednych żartów.

Mimo wszystko „Berek” wpisuje się w niezmiennie popularny nurt komedii o podtatusiałych Piotrusiach Panach, którzy nie bardzo chcą dorosnąć – a przynajmniej próbują jak najdalej odsunąć od siebie obowiązki związane z dojrzałym wiekiem. Obecność Eda Helmsa w obsadzie nasuwa skojarzenia z trylogią „Kac Vegas”, ale do tego samego gatunku trzeba zaliczyć również filmy w rodzaju „Old School. Niezaliczonej”, „Złych sąsiadów” czy „Dużych dzieci” - opowieści, w których coś (alkohol i inne używki, wakacje z dala od rodziny, itp.) zmienia facetów w mentalnych nastolatków. Nawiasem mówiąc, to zazwyczaj rozrywka męskocentryczna: w Hollywood dorosłym Piotrusiom Panom rzadko towarzyszą dorosłe Wendy, a choć w „Berku” Hoagiego dzielnie wspiera wyszczekana małżonka, to przecież nie ona ustala zasady gry.

Ta ciągła pogoń za Nibylandią, za utraconą idyllą dzieciństwa, okazuje się wreszcie specyficznym doświadczeniem pokoleniowym. W gruncie rzeczy dla bohaterów berek jest tym samym, czym dla widzów nostalgiczne powroty do popkulturowych wspomnień z dzieciństwa: czekamy na kolejne „Gwiezdne wojny”, oglądamy „Stranger Things”, chodzimy na koncerty mocno już zużytych gwiazd rocka i popu, wierząc, że poczujemy się jak dzieciaki, dla których ogranie kumpli w kapsle było – choćby przez chwilę – najważniejszą sprawą na świecie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj