Dziennik Gazeta Prawana logo

Bardziej ludzcy niż ludzie: "Blade Runner 2049" [RECENZJA]

5 października 2017, 09:46
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Ryan Gosling oraz Harrison Ford w filmie "Blade Runner 2049"
Ryan Gosling oraz Harrison Ford w filmie "Blade Runner 2049"/Media
Długo oczekiwany sequel "Łowcy androidów" to wizualne arcydzieło, w którym więcej filozofii i metafizyki niż akcji. Piękny, nawet jeśli niedoskonały film.

To jeden z najgłośniejszych tytułów tego roku. I z pewnością podzieli widzów, zresztą głosy oburzenia „zamachem” na oryginalnego „Łowcę androidów” można było usłyszeć długo przed premierą. Tymczasem sam pomysł realizacji sequela nie jest przecież nowy: w drugiej połowie lat 90. K.W. Jeter napisał trzy powieściowe kontynuacje zarówno filmu, jak i będącej podstawą scenariusza książki „?” Philipa K. Dicka. Do filmowego sequela również przymierzano się od lat – wśród kandydatów na reżysera pojawiał się nawet Christopher Nolan, a jeszcze niedawno wydawało się, że film zrobi Ridley Scott (ostatecznie pozostał jedynie współproducentem). A jeśli weźmiemy pod uwagę dodatkowo komiksy oraz gry komputerowe, okaże się, że sequel „Łowcy...” był nieuchronny.

Trudno w kilku zdaniach zarysować fabułę, by nie zdradzić zbyt wiele. Los Angeles przyszłości się zmieniło. Korporacja Tyrella – ta, która produkowała androidy w pierwszym filmie – zbankrutowała, a większość dokumentów i zapisów przepadła w kataklizmie znanym jako Zaciemnienie. Teraz za sztuczne życie odpowiada korporacja Niandera Wallace'a (Jared Leto), tworząca nie tylko replikantów, lecz także obdarzone świadomością – oraz, jak się zdaje, zdolnością do abstrakcyjnych uczuć – holograficzne projekcje. Produktem Wallace'a jest także K (Ryan Gosling), funkcjonariusz LAPD, polujący na nieliczne już ocalałe androidy typu nexus. Na posiadłości jednego ze zlikwidowanych nexusów K odkrywa pochowane szczątki kobiety, która zmarła podczas porodu. Ale, jak się okazuje, sama również była replikantem – zaś dziecko, pierwsze swojego rodzaju, prawdopodobnie przeżyło. K próbuje je odnaleźć, zanim zrobią to bezlitośni wysłannicy cierpiącego na kompleks Boga Wallace'a. A odpowiedzi na nurtujące K pytania może znać Rick Deckard (Harrison Ford), dawny blade runner, który trzydzieści lat wcześniej rzucił służbę i zniknął.

Choć elementy fabuły „” są tutaj punktem wyjścia, „” jest hołdem złożonym filmowi Scotta, ale nie jego imitacją. Zobaczymy znajome twarze i lokalizacje, ale obraz nie zamienia się w katalog smaczków i aluzji czytelnych wyłącznie dla fanów. Denis Villeneuve – także dzięki świetnemu scenariuszowi Hamptona Fanchera i Michaela Greena – idzie własną drogą, a jego film doskonale broni się jako samoistne dzieło. Jest oszałamiająco piękny, wspaniale sfilmowany (Roger Deakins może chyba liczyć na czternastą nominację do Oscara), perfekcyjnie wykorzystuje możliwości, jakie dają komputerowe efekty specjalne. Ale jednocześnie zrealizowany wbrew hollywoodzkim modom, na przekór bombastycznym superprodukcjom, w których scenariusz musi ustąpić pod naporem wizualnego przepychu. Tu treść idzie w parze z formą, imponującą a zarazem stonowaną. Bowiem „” to kino kontemplacji, nie akcji. Równie dużo zawdzięcza oryginalnemu „Łowcy androidów” co filmom Andrieja Tarkowskiego. A także, co może wydać się zaskakujące, Biblii.

W książce Philipa K. Dicka jednym z ważnych elementów – pominiętych w ekranizacji – była religia zwana merceryzmem, opierająca się m.in. na założeniu, że tylko ludzie są zdolni do empatii. Villeneuve nie sięga co prawda do pomysłów pisarza, ale jego film pełen jest religijnych odniesień i biblijnych cytatów. Wszak poszukiwane przez K dziecko zostało – niczym Chrystus – „zrodzone, a nie stworzone”, a żyjąca w ukryciu grupa replikantów widzi w nim przywódcę przyszłego buntu. Na szczęście Villeneuve unika deklaratywności (chociaż nie zawsze skutecznie), swoją opowieść w znacznej mierze budując z sugestii, aluzji, niedopowiedzeń, półcieni. Wiele pytań pozostawia bez odpowiedzi, myli tropy. A gdzieś na marginesie zastanawia się nad problemami, które przewijały się przez całą literacką twórczość Philipa K. Dicka. Jak odróżnić prawdę od fikcji? Kiedy kończy się rzeczywistość a zaczynają urojenia? I wreszcie, w tym kontekście najważniejsze: gdzie leżą granice człowieczeństwa? W książce Dicka androidy były bezlitosnymi, pozbawionymi uczuć jednostkami. Ridley Scott w „” nie był już tak kategoryczny: nawet grany przez Rutgera Hauera socjopata Roy Batty okazywał w jednej z najpiękniejszych scen w historii kina – wyższe uczucia. W filmie Villeneuve'a ta granica przesuwa się jeszcze dalej. Tu replikanci są zdolni do miłości, współczucia, poświęcenia. Do strachu i nienawiści. Bardziej ludzcy niż ludzie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj