"Alpy" stanowią twórczą kontynuację autorskiego stylu zaproponowanego w poprzednim filmie Lanthimosa. Grekowi po raz kolejny udało się zamanifestować wyrazistą krytykę społeczną ubraną w atrakcyjny kostium surrealizmu.

Reklama

Tak jak w "Kle", reżyser opowiada o kryzysie instytucji rodziny i pogłębiającej się ludzkiej niezdolności do okazywania uczuć. Tym razem do uzasadnienia tych spostrzeżeń służy Lanthimosowi historia czwórki osób, które mają pomysł na nietypowy biznes. Jako grupa o nazwie "Alpy" oferują rodzinom klientów, że będą wcielać się w role ich zmarłych krewnych. Stosunki panujące wśród "aktorów" są czysto hierarchiczne i opierają się na podporządkowaniu charyzmatycznemu liderowi o pseudonimie "Mount Blanc". W swojej strukturze tytułowa organizacja powiela więc model tradycyjnej, patriarchalnej rodziny ze wszystkimi wpisanymi weń wynaturzeniami.

Jeszcze wyraźniej patologie podstawowej komórki społecznej ujawniają się na przykładzie klientów głównych bohaterów. Korzystanie z usług Mount Blanc i spółki stanowi w ich wypadku dowód niedojrzałości psychicznej i niezdolności do należytego przepracowania żałoby. Klienci w zupełności zadowalają się tandetną ekspresją, mechanicznym odwzorowywaniem gestów i powtarzaniem banalnych sloganów, które rzekomo miałyby pochodzić z ust ich krewnych.

Inna sprawa, że sami nie są w stanie powiedzieć o nich niczego więcej. Pytani o swoją wiedzę na temat rodzeństwa, rodziców czy dzieci, potrafią jedynie wymienić ich ulubionych aktorów i piosenkarzy. W ten sposób "Alpy" diagnozują intelektualne zniewolenie, jakiemu poddała nas dziś popkultura.

Lanthimos idzie w swoich obserwacjach jeszcze dalej i przekonuje, że coraz częściej dostosowujemy naszą prywatność do odgórnie ustalonych wzorców, a także pozwalamy, aby śmierć i żałoba stały się przedmiotem komercjalizacji. Właśnie dzięki podobnemu nastawieniu firma kierowana przez Mount Blanc nie tylko pojawia się na rynku, lecz także skutecznie uwodzi klientów uroczo idiotycznym sloganem: "When the end is here the Alps are near". Ostentacyjnie manifestowana w takich rozwiązaniach reżyserska ironia pozwala traktować film Lanthimosa jako tragikomedię. Wszystkie dowcipy opowiada się tu jednak z kamienną twarzą, bez wiary w oczyszczający potencjał śmiechu.

Reklama

Skupienie na performatywnym aspekcie działalności głównych bohaterów mogłoby uczynić z "Alp" ilustrację tez amerykańskich socjologów traktujących człowieka jako "aktora w teatrze życia codziennego". Lanthimos nie ogranicza się jednak do powtórzenia lekko zbanalizowanych już tez Irvinga Goffmana i ukazania ich w poetyce narkotycznego złego snu. Motyw aktorstwa służy reżyserowi do tego, by kuchennymi drzwiami wprowadzić do filmu perspektywę autotematyczną. Wykonujący swą pracę od niechcenia, pozbawieni powołania członkowie grupy pozostają tylko nędznymi imitatorami cudzego życia. Takiego stosunku do głównych bohaterów nie zmienia nawet pojawiający się ostatecznie w ich szeregach bunt. Zupełnie jak w "Kle", rozpaczliwy zryw wcale nie musi zakończyć się powodzeniem. Całkiem możliwe, że – reprezentowana w filmie przez aktorstwo – sztuka całkowicie straciła już moc wpływania na rzeczywistość.

Międzynarodowy sukces "Alp" po raz kolejny potwierdził tezę o tym, że kondycja greckiego kina jest odwrotnie proporcjonalna do fatalnego stanu tamtejszej gospodarki. Pytanie tylko, czy w świetle wymowy filmu ta świadomość może przynieść jakiekolwiek pocieszenie?

Alpy | Grecja 2011 | reżyseria: Giorgios Lanthimos | dystrybucja: Against Gravity | czas: 93 min