Film Gunnara Halla Jensena irytuje już od pierwszej sceny. Reżyser wpada na pomysł, by zestawić w niej wzmianki o targających światem nieszczęściach z sielską atmosferą swojego spotkania ze znajomymi. W ten sposób reprezentuje rodzaj hipokryzji, której wyraziciele – wzorem jednego z bohaterów Woody’ego Allena – mogliby "popełnić samobójstwo po przeczytaniu porannej gazety".

"Gunnar..." ma w sobie coś z grupowej psychoterapii. Reżyser i jego najbliżsi współpracownicy bez oporów mizdrzą się do kamery i próbują opowiadać o motywach skłaniających ich do refleksji nad duchowością. Pozornie szlachetne pobudki przynoszą spodziewane rezultaty. Wykorzystany przez bohaterów pomysł odwiedzenia mnichów ze starego egipskiego klasztoru wydaje się zaczerpnięty wprost z życiowych poradników w stylu "Jedz, módl się, kochaj".

Jeszcze gorzej dzieje się, gdy reżyser stawia na śmiertelną powagę. W takich sytuacjach narrator wygłasza pretensjonalne tyrady o wyczuwaniu obecności Boga. Sceny nakładające ten bełkot na piękne zdjęcia przyrody przypominają odrzuty z planu "Drzewa życia" Terrence’a Malicka.

Choć Gunnar bardzo chciałby zakończyć swoje poszukiwania sukcesem, przekonuje, że nie przynoszą one jednoznacznych rezultatów. Niezależnie od tego trudno oprzeć się wrażeniu, że dla ludzi z jego warstwy społecznej poruszane w filmie problemy przestaną mieć znaczenie tuż po zakończeniu seansu.

GUNNAR SZUKA BOGA | Norwegia 2010 | reżyseria: Gunnar Hall Jensen | dystrybucja: Against Gravity | czas: 85 minut