Skandynawskie kino niesamowite jeszcze przed kilkoma laty kojarzone było z zaledwie kilkoma tytułami, między innymi mistrzowskim dziełem Ingmara Bergmana "Godzina wilka", szwedzkim klasykiem ery filmu niemego "Furman śmierci" Victora Sjöströma i duńskimi "Czarownicami" Benjamina Christensena z tego samego okresu.

Tamtejsze kino gatunkowe rozwijało się bowiem zupełnie inaczej niż w anglosaskim kręgu kulturowym ze względu na kilka znaczących czynników, choćby laicyzację społeczeństw skandynawskich czy odmienne postrzeganie norm obyczajowych. Innymi słowy – trudniej tam o tabu, które dałoby się na ekranie złamać. Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii filmowcy związani z horrorem szydzili sobie z cenzorów i dobrego smaku, sięgając po tematy sataniczne albo epatujące przemocą i seksem, w krajach Północy zainteresowanie podobnymi fabułami było znikome. Owszem, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstawały w Skandynawii filmy exploitation, żerujące na goliźnie i taniej sensacji, lecz nie zrobiły zawrotnej kariery międzynarodowej, choć niektóre z nich eksportowano za ocean. Powodzeniem cieszyły się za to szwedzkie kryminały o kapitanie Hillmanie, które miały stanowić inspirację zarówno dla Alfreda Hitchcocka, jak i Mario Bavy oraz położyć podwaliny pod włoski nurt giallo. Do dystrybucji w USA trafiały pojedyncze filmy – na przykład "Terror of Frankenstein" (1977) oraz horror science fiction "Space Invasion of Lapland" (1956) – bo i nie było z czego wybierać. Dopiero w latach osiemdziesiątych, wraz z rozwojem rynku kaset VHS, zainwestowano w kilka produkcji z gatunku horroru, lecz dzisiaj mało kto już o nich pamięta. Za tytuł graniczny dla skandynawskiej grozy nieformalnie uznaje się nakręcony w połowie lat dziewięćdziesiątych film "Evil Ed" – krwawy, radosny hołd dla amerykańskiego kina splatter i gore. Trudno powiedzieć, czy to właśnie ten film wyznaczył obecny kierunek skandynawskiego kina grozy, lecz z pewnością był zapowiedzią aktualnych trendów.


Międzynarodowy sukces skandynawskiego horroru rozpoczął się wraz z filmem "Pozwól mi wejść" Tomasa Alfredsona z 2008 r., wywracającym do góry nogami wampiryczną mitologię zbudowaną przez Hollywood. Rozgłos, również i u nas, zdobyła egzystencjalna "Sauna" (2008), a mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się też komediohorrory ("Vikaren" – nauczycielka okazuje się przybyszem z kosmosu), opowieści o duchach („Pokój 205” – o nawiedzonym akademiku), a także dziwactwa ("Dark Floors" – film z udziałem muzyków grupy Lordi). Nie da się jednak ukryć, że jedną z naczelnych metod skandynawskich reżyserów stało się eksploatowanie amerykańskich schematów gatunkowych. Wykształcone w Stanach Zjednoczonych, charakterystyczne dla tamtejszego horroru fabuły przeniesiono na nowy grunt, co może i nie zaowocowało filmami nowatorskimi, ale odświeżyło nieco już przyschnięte fabuły. Bo nie ma wiele odkrywczego w slasherze "Hotel zła", survival horrorze "Manhunt – polowanie" czy opowieści z rodzaju rape and revenge "Hora", poza tym, że rozwiązania zachodnie przeniesiono w skandynawskie góry i bezkresne lasy. Stworzyło to oczywiście nieco nową perspektywę, ale częstokroć ograniczającą się do egzotycznych, jak na ten typ filmu, plenerów. Fascynację amerykańszczyzną widać też w "Zombie SS", które jest pastiszowym hołdem oddanym zombie filmom, oraz islandzkim "Reykjavik Whale Watching Massacre", gdzie wystąpił Gunnar Hansen, legendarny aktor kina grozy, znany między innymi z "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną".

Dzisiaj do kin wchodzi jednak znakomity "Łowca trolli", nakręcony w konwencji mockumentary film będący mieszanką komedii i horroru. Skandynawowie ponownie przejmują amerykański model filmu grozy, tym razem formę fałszywego dokumentu, spopularyzowaną w 1999 przez "Blair Witch Project". A jednak o odtwórczości nie może być mowy, gdyż jest to film głęboko zakorzeniony w tradycji i folklorze norweskim, a przez to samoświadomy i bezpretensjonalny.

ŁOWCA TROLLI | Norwegia 2010 | reżyseria: André Ivredal | dystrybucja: 2M Films | czas: 90 min