Od Pawlikowskiego zacznijmy, bo trzy nominacje do Oscara to wydarzenie bez precedensu. Żaden polski film nawet się o to nie otarł, nie miał cienia szansy, by o tyle statuetek walczyć. Cieszy bardzo, że przebijamy kolejny szklany sufit. Pierwszy przebiła "Ida", by zgodnie z powiedzeniem "do dziesięciu razy sztuka" zdobyć po raz pierwszy Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Drugi przebija sam Pawlikowski, będąc nominowany w jednej z najbardziej prestiżowej kategorii. Marką samą w sobie staje się Łukasz Żal – tego, by przy swoim nazwisku napisać "dwukrotnie nominowany" zazdrościć mu będą operatorzy z całego świata.

Reklama

Nominacje do Oscarów w 2019 roku pokazują też, jak twórcy światowi przejmują główny ton w globalnym kinie. Kto ma po dziesięć nominacji? Filmy reżyserowane przez Alfonso Cuarona oraz Jorgisa Lanthimosa.

Wyróżnienie dla pierwszego z nich nie jest żadną niespodzianką, bo Ameryka pokochała go za "Grawitację". Teraz Meksykanin jest gwiazdą w świecie filmowych twórców. Każdy jego film jest traktowany jako wydarzenie – nawet tak artystyczny jak "Roma". W wymiarze światowym wyczyn Cuarona "przykrył" nasze trzy nominacje, bo przecież patrzy się zawsze na tych, którzy biorą najwięcej.

Za niespodziankę, jeśli nie sensację, uważać można wynik "Faworyty" Jorgosa Lanthimosa. Grek, który ma już na swoim koncie kilka głośnych filmów, nie jest oczywiście postacią anonimową. Kontrowersje towarzyszyły jego filmowi "Zabicie świętego jelenia" z Nicole Kidman i Colinem Farrellem. Dużo mówiło się o obrazie "Lobster". Najmocniejszym, zdaniem wielu krytyków, jest "Kieł" z 2009 roku, o którym mówiło się jako przedstawieniu narodzin czystego zła.

Reklama

Dziś możemy otwierać szampany i cieszyć się triumfem "Zimnej wojny". Ale losy Cuarona i Lanthimosa ("Kieł" i "Lobster" były nominowane do Oscarów) pokazują, że Pawlikowski drogę na hollywoodzki szczyt ma jeszcze przed sobą, choć niewątpliwie wierzchołek widać wyraźniej niż w momencie, w którym odbierał statuetkę za "Idę". To historyczny triumf i nikt go twórcom "Zimnej wojny" nie odbierze. To wydarzenie i ogromny sukces. Ale patrząc z perspektywy Hollywood – gigantyczna praca wciąż jeszcze do wykonania przed nami. Oby żaden polityk nie zechciał tego spieprzyć, np. majstrując przy PISF. Za kilka lat nominacja dla aktorki, która zagra w tak ważnym filmie jak "Zimna wojna", będzie formalnością, a nie czymś, czego mimo gigantycznej promocji nie udało się osiągnąć. Choć kto wie, czy patrząc z perspektywy czasu nie okaże się, że to Joanna Kulig była główną zwyciężczynią "Zimnej wojny".

Patrząc na to, jaki wpływ mają Oscary na kulturę i popkulturę, nie można zauważyć jeszcze dwóch innych faktów. Pierwszym jest obecność "Czarnej pantery" i "Czarnego bractwa" w wielu głównych kategoriach. Nikt już nie może powiedzieć, że społeczność afroamerykańska spychana jest na margines.

Drugim – to bardzo muzyczne Oscary. Zarówno "Bohemian Rhapsody", jak i "Narodziny gwiazdy" liczą się w rozdaniu nominacji, choć zapewne twórcy tego drugiego liczyli na więcej. No cóż… "Roma", "Faworyta", a nawet "Zimna wojna" pokazują, że nawet w Ameryce czas na naiwne i banalne w swym przesłaniu opowieści przeminął.