Dziennik Gazeta Prawana logo

"Tetris" rozbudza marzenie o Rosji przechytrzonej przez Zachód [#DobryCynk]

6 kwietnia 2023, 06:56
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Nikita Jefremow jako Aleksiej Pażytnow w filmie "Tetris"
Nikita Jefremow jako Aleksiej Pażytnow w filmie "Tetris"/Materiały prasowe
Gdyby bojkotować rosyjską kulturę "jak leci", czego chcieli niektórzy, nie powinniśmy ani grać w "Tetrisa", ani oglądać filmu o genezie kultowej gry. Tymczasem właśnie ów film przypomina, że to nie kultura jest zła, lecz kanalie wykorzystujące ją do swoich celów.

"Tetris"

Kiedy przed laty, na fali popularności coraz to bardziej kuriozalnych adaptacji gier, jak choćby "Battleship: Bitwa o Ziemię" na podstawie gry w statki, pojawił się pomysł ekranizacji "Tetrisa", wieszczono rychły upadek Hollywoodu, który rzekomo w zjadaniu własnego ogona nie mógł posunąć się dalej. Tymczasem gotowa produkcja okazuje się jednym z najbardziej kreatywnych filmów rozrywkowych w ostatnim czasie.

Napisany przez Noah Pinka i wyreżyserowany przez Jona S. Bairda "Tetris" bynajmniej nie pokazuje nam przez dwie godziny opadających klocków. Zamiast tego odsłania mało znane kulisy globalnej walki o prawa licencyjne do gry stworzonej w roku 1984 przez radzieckiego programistę Aleksieja Pażytnowa (Nikita Jefremow).

Historia "Tetrisa" stanowi doskonały dowód na poparcie tezy Marka Twaina o "prawdzie dziwniejszej niż fikcja". Na ekranie wszystko zostaje naturalnie po hollywoodzku podkręcone, ale nawet bez tego geopolityczna rozgrywka na kilku kontynentach wokół gry komputerowej to rzecz dalece fascynująca.

Film w centrum zdarzeń stawia holenderskiego twórcę gier wideo i drobnego przedsiębiorcę Henka Rogersa (Taron Egerton), który odkrywa "Tetrisa" na targach elektronicznych w Las Vegas i bez wahania nabywa prawa do dystrybucji gry w Japonii, gdzie mieszka wraz z żoną (Ayane Nagabuchi) i dziećmi, i gdzie próbuje zainteresować nowym nabytkiem firmę Nintendo - stojącą akurat, coby było ciekawiej, w przededniu premiery kolejnej rewolucyjnej konsoli: Game Boya.

Ale w wyścigu o prawa do gry na różnych terytoriach i różnych platformach są także przebiegły Robert Stein (Toby Jones), właściciel brytyjskiej firmy Andromeda Software, oraz śliski potentat medialny Robert Maxwell (Roger Allam) i jego nadęty syn Kevin z kompleksem dziedzica (Anthony Boyle), przedstawiciele Mirrorsoftu.

Film zaczyna się jak beztroska komedia o tyleż zdeterminowanym, ile niezbyt rozsądnym pasjonacie, by w drugiej połowie, osadzonej niemal w całości w ZSRR, przejść w zimnowojenny thriller w duchu wczesnych "Bondów", pełen komicznie charakterystycznych postaci, jak bezwzględny agent KGB (Igor Grabuzow), tajemnicza tłumaczka (Sofia Lebiediewa) czy wreszcie sam Michaił Gorbaczow (Matthew Marsh). Z jednej strony to śmieszno-straszne archetypy, z drugiej - czy bardziej karykaturalne od misiowatego Szojgu, Gierasimowa z wieczną miną zbitego psa, samego Putina - nerwowego knypka ze słabością do cudacznie długich stołów?

Jednak mimo że w filmie pojawiają się groźby i zdawkowe sceny przemocy, konflikt między kapitalistami a komunistami toczy się głównie na długopisy i faksy - umowy są podpisywane, wysyłane, niszczone dziesiątki razy.

Związek Radziecki rozpada się na naszych oczach niczym kolejne kolumny w "Tetrisie", ale przedstawiciele starego porządku nie chcą tego przyjąć do wiadomości i tanio skóry nie sprzedadzą - co można poczytać za aluzję do bieżącej sytuacji geopolitycznej. Zgadza się też to, że choć Zachód wygląda na ideowo szlachetniejszy i jedyną słuszną opcją dla poczciwców w typie Pażytnowa wydaje się emigracja, to czarne charaktery występują po obu stronach barykady. Ostatecznie w całym zamieszaniu chodzi przecież o wielką kasę, czy to dla kraju, czy (zapewne dużo częściej) indywidualnie dla siebie, o czym ironicznie przypomina przebój Pet Shop Boys "Opportunities (Let's Make Lots of Money)" lecący na napisach końcowych.

Baird ma kapitalny pomysł, jak z nerwem i humorem pokazać intrygę rozgrywaną głównie w trakcie przeciągających się negocjacji facetów w garniturach za zamkniętymi drzwiami. Film zasadniczo trzyma się trzonu prawdziwych wydarzeń, ale obudowuje go fantazją zanurzaną głęboko w popkulturze lat 80. - szalony pościg samochodowy przez ulice Moskwy do rosyjskiego coveru "Holding Out for a Hero" Bonnie Tyler z pewnością nigdy nie miał miejsca.

Reżyser rozumie też potencjał montażu jako narzędzia komediowego oraz w przemyślany sposób odwołuje się do świata ośmiobitowych kształtów i dźwięków - każdy kolejny akt filmu poprzedzają napisy stylizowane na czcionkę ze starych gier na Nintendo, postaci w adekwatnych momentach zamieniają się w pikselowe wersje samych siebie, zaś elektroniczna ścieżka dźwiękowa Lorne'a Balfe'a bazuje na muzyce z "Tetrisa" na Game Boya.

Słowem, nie ma większego znaczenia, że fabuła nie trzyma się ściśle faktów historycznych. Robi bowiem coś znacznie wspanialszego - bezbłędnie oddaje klimat epoki, rozbudza marzenie o przechytrzeniu sowietów oraz uzmysławia, że gry wideo, jak i cała sztuka, nie uznają granic.

Gdzie zobaczyć: Apple TV+

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj