"Rój"

Reklama

Dominique Fishback na małym i dużym ekranie błyszczała już parokrotnie, ostatnio dziarsko dotrzymując kroku samemu Samuelowi L. Jacksonowi w serialu "Ostatnie dni Ptolemeusza Greya". Teraz ta niebywale utalentowana aktorka zalicza kolejny hit w odcinkach za sprawą produkcji stworzonej przez Donalda Glovera ("Atlanta") oraz Janine Nabers ("Watchmen") przy pomocy zespołu scenarzystów, w skład którego weszła m.in. Malia Obama, córka byłego prezydenta USA. Kraju, w którym granica między popkulturą a polityką jest płynna jak nigdzie indziej - o czym również opowiada "Rój".

Glover nie udaje, że odkrywa Amerykę. W wywiadzie dla "Vanity Fair" wyznał, że widzi swój serial jako miks "Pianistki"epoki post-prawdy z "Królem komedii" - z którego przecież całymi garściami czerpał niedawno Todd Phillips w "Jokerze". Ale "Rój" w jeszcze większym stopniu odsyła do "Fana" z tym samym Robertem De Niro w roli faceta chroniącego w swym pokręconym mniemaniu idola granego przez Wesleya Snipesa. Narracja napędzana tweetami przypomina zaś "Zolę" Janiczy Bravo, tragikomedię opartą na viralu z Twittera i osadzoną w środowisku południowych klubów ze striptizem - gdzie rozgrywa się zresztą akcja jednego odcinka "Roju".

Reklama

Ale i w oderwaniu od tych skojarzeń konceptualna struktura serialu prezentuje się zupełnie naturalnie. Wszak czasy, kiedy niejaki Stan pisał odręcznie listy do Eminema, mamy dawno za sobą. Dziś kontakt z idolem odbywa się poprzez media społecznościowe, w których ludzie gromadzą się w specyficzne gniazda. Tak jak Dre (Fishback) z "Roju", niezdrowo zafascynowana megagwiazdą popu Ni'Jah, stanowiącą oczywisty substytut Beyoncé, funkcjonującej także pod pseudonimem Queen Bey, homofonicznym wobec "królowej pszczół".

Skądinąd twórcy bezwstydnie wzorują się na fanbazie Beyoncé, czyli BeyHive, na ekranie zamienionym w tytułowy Rój (Swarm). Identycznie jak w rzeczywistości, psychofanki serialowej wokalistki również zostawiają emotikony pszczół na postach osób, które w jakiś sposób naraziły się ich ulubienicy. Co więcej, protegowana Beyoncé, Chloe Bailey, gra postać imieniem Marissa Jackson - w realnym świecie tak miała nazywać się fanka, która popełniła samobójstwo po tym, jak z albumu "Lemonade" dowiedziała się o niewierności męża piosenkarki, rapera Jaya-Z. Historia Marissy okazała się fake newsem, jednak Glover i Nabers budują wokół niej cały znaczący wątek fabularny, bezpośrednio powiązany z obsesją Dre.

Od "Roju" odbić się jest jeszcze łatwiej niż od "Atlanty", bowiem do osobliwego humoru dochodzą nieprzyjemne sceny hiperrealistycznej przemocy. Przewrotność polega jednak na tym, że chociaż Dre jest postacią odpychającą, od intrygującej interpretacji Fishback trudno oderwać wzrok. Również dlatego, że nie sposób przewidzieć, jak jej antybohaterka zachowa się w danej scenie - nawet jeśli po raz kolejny zadaje swojej potencjalnej ofierze pytanie o ulubionego artystę, zwiastujące tu czyjś rychły koniec, analogicznie do pytania o ulubiony horror w "Krzyku".

Trzeba przyznać, że zwroty akcji trzymają w niemal bezustannym napięciu, szczególnie że każdy z siedmiu epizodów trwa nie więcej niż pół godziny z hakiem. Z odcinka na odcinek Dre zmienia otoczenie i konfrontuje się z innymi ludźmi, niejednokrotnie odgrywanymi na poziomie meta przez celebrytki w rodzaju Billie Eilish czy Paris Jackson, których pozaekranowy wizerunek w jakimś stopniu pasuje do odtwarzanej postaci.

W zdumiewającym szóstym odcinku serial nagle odchodzi od zwyczajowej narracji, zmieniając się w błyskotliwy paszkwil na "true crime". Nie sposób, niestety, oprzeć się wrażeniu, że gdyby zamienić miejscami ten przedostatni odcinek z finałowym, "Rój" jeszcze by zyskał na efekcie "wow".

Reklama

Niemniej i tak imponuje, że serial promowany jako horror o toksycznym fandomie, obfitujący w pozornie toporne pszczele metafory, stopniowo okazuje się czymś więcej: opowieścią wcale niegłupio odwołującą się do afroamerykańskiej klasyki, jak "Niewidzialny człowiek" Ralpha Ellisona czy "Syn swego kraju" Richarda Wrighta.

Otóż Dre zbrodnie długo uchodzą na sucho dlatego, że pozostaje jedną z tysięcy "robotnic" niewidocznych dla społeczeństwa. Ono dostrzega czarne kobiety wyłącznie w tych rzadkich przypadkach, gdy są "królowymi", jak Ni'Jah/Beyoncé. Okrutny żart, którego żądło dotyka nas wszystkich.

Gdzie zobaczyć: Amazon Prime Video